Na drodze do nieustraszoności

Przyjście na świat to utrata doskonałej jedności z matką i rozpoczęcie egzystencji w dualistycznym świecie. Lubię - nie lubię, przyjemne - nieprzyjemne, chcę - nie chcę. Te reakcje na różne bodźce płynące z otoczenia, a także intensywność tych reakcji formują naszą strukturę emocjonalną. Z tego ciągłego reagowania na bodźce zewnętrzne (nie-ja) bierze się strach.

To może być strach przed konkretnym i realnym zagrożeniem zdrowia i życia, ale także strach przed opuszczeniem, przed odrzuceniem, przed śmiesznością. Strach jest więc zawsze strachem przed utratą czegoś, utratą realną: życia, zdrowia, domu, pracy etc., lub utratą symboliczną: władzy, kontroli, dobrego imienia, poczucia przynależności, akceptacji. Równowaga naszego ja wydaje nam się zagrożona w tym wrogim, zewnętrznym świecie, od którego to ja czuje się odłączone.

Czyżbyśmy zatem mieli być skazani na strach i cierpienie na tym ziemskim padole? Czyżbyśmy dostali to życie za karę?

Tylko czemu miałoby to służyć? A może warto zmienić optykę? Załóżmy, że przychodzimy na świat, aby odrobić lekcję życia. Nauczyć się siebie (sokratejskie "poznaj samego siebie"). Żeby poznać siebie, trzeba zwrócić uwagę ku swemu wnętrzu. I nie chodzi tu wcale o narcystyczne wpatrywanie i wsłuchiwanie się w siebie, ale o uczciwą i obiektywną (w miarę możliwości) samoobserwację. Jest to zarazem proste i niełatwe, ponieważ nawykowo nasza uwaga jest skierowana na zewnątrz. Jakże często trudno jest nam znieść ciszę lub np. bezczynne czekanie. Wypełniamy więc tę ciszę, włączając radio lub telewizor (żeby tylko coś grało w tle), a czas oczekiwania do lekarza skracamy, czytając gazetę lub grając na smartfonie. Jeśli jednak podejmiemy wysiłek nieulegania przeróżnym rozrywkom, jakie oferuje nam nasza cywilizacja, i pozostaniemy choć przez chwilę skupieni na swym oddechu i doznaniach płynących z ciała, zaręczam, możemy dokonać ciekawych odkryć. Pierwsze odkrycie to pewnie takie, że nie potrafimy zbyt długo skupić się na jednej rzeczy, tj. np. na oddechu. Stosunkowo szybko pojawiają się myśli, które jedna po drugiej odwodzą nas od przedmiotu naszej obserwacji. Możemy nawet odnieść wrażenie, że tych myśli jest więcej niż zazwyczaj. To jest oczywiście tylko złudzenie. Nasze myśli gnają tak samo, jak zawsze, tyle tylko że teraz mamy tego świadomość. Więc zamiast się karcić za brak skupienia i zniechęcać do powtarzania tego eksperymentu, powinniśmy sobie pogratulować! Tak, pogratulować, bo oto nareszcie nawiązaliśmy pierwszy od dawna kontakt z samym sobą! A że ten rozbiegany umysł nam się wcale nie podoba? No cóż, tak właśnie on funkcjonuje. Zaobserwowanie i uznanie tego faktu jest pierwszym krokiem do akceptacji. Do samoakceptacji.

Dlaczego samoakceptacja jest tak ważna w procesie uwalniania od lęku? Co ma jedno do drugiego?

Otóż ma. Gdy nie odrzucamy tych części nas samych, które nam się nie podobają, które chcielibyśmy ukryć, gdy ten "cień" wreszcie w sobie uznamy i zaakceptujemy, wówczas nie obawiamy się, że ktoś to odkryje, bo nie mamy już nic do ukrycia. Uff, cóż za ulga! Nareszcie dajemy sobie prawo być tacy, jacy jesteśmy. Może i niedoskonali według pewnych kryteriów, ale za to autentyczni. To po pierwsze. Po drugie, akceptując w pełni siebie, budujemy naszą wewnętrzną moc. Łatwiej rozpoznajemy nasze potrzeby i potrafimy się sami sobą zaopiekować, nie czekamy, aż uszczęśliwi nas ktoś lub coś z zewnątrz. Porzucamy tym samym rolę ofiary i bierzemy odpowiedzialność za własne życie. Widzimy, że zdarzenia zewnętrzne mają coraz mniejszą szansę zburzyć tę równowagę: "zakotwiczeni" w sobie nabieramy coraz większego zaufania do życia. Po trzecie, akceptując w pełni siebie, możemy łatwiej zaakceptować innych, bowiem lepiej rozumiemy, co może stać za ich reakcjami i zachowaniami, które wcześniej mogły nas oburzać lub irytować. Pojawia się współczucie. I zrozumienie, że nic nie jest całkowicie czarne, podobnie jak nic nie jest całkowicie  białe. Ilustruje do doskonale symbol tao, gdzie biel i czerń cudownie się przenikają w magicznym tańcu życia. Każda cecha pozytywna ma w sobie zalążek czegoś negatywnego, i odwrotnie. Przestajemy wówczas ciągle oceniać i możemy wejść w relacje z innymi ludźmi z otwartym sercem i umysłem, bez uprzedzeń i bez lęku.