Lekcja tolerancji w pigułce

Artykuł pochodzi z magazynu

Holistic Health listopad - grudzień 2018

Kup ten numer

Mam czterdzieści osiem lat i wielokrotnie byłam w różnych kościołach niejednego wyznania, ale nie licząc pogrzebów, nie zdarzyło mi się tam płakać. Aż do 4 sierpnia 2018 r. Jestem w Gaborone, stolicy Botswany, kraju dwukrotnie większego od Polski, w którym mieszka niewiele ponad dwa miliony ludzi.

Anglikańska katedra w kształcie otwartych ramion, jakby czekających na wiernych. Jest godzina 10.30, afrykański, gorący poranek. Wchodzę do kościoła. Jestem jedyną białą, nietrudno mnie zauważyć, więc staję skromnie w drzwiach, próbując się w nie wtopić, bo właśnie do chrzcielnicy podchodzi kobieta i pochyla głowę. Ksiądz w afrykańskiej szacie obficie polewa jej głowę wodą i chrzci. Nie chcę przeszkadzać, więc przytulam się mocniej do framugi i udaję, że mnie nie ma, co oczywiście jest niemożliwe z moim kolorem skóry. Po chwili druga kobieta podchodzi do chrzcielnicy i również przyjmuje sakrament chrztu. Rozlegają się brawa, ktoś spontanicznie intonuje pieśń, którą podchwytują wszyscy wierni. Księża (trzech mężczyzn i kobieta) promienieją szczęściem. Gratulują świeżo ochrzczonym i... uśmiechają się do mnie.

Msza trwała jeszcze półtorej godziny i jak się później dowiaduję, w sumie będą to trzy godziny. Nikt nie marudzi, nikt się nie spieszy. Jeśli jakieś dziecko się trochę nudzi, ksiądz podchodzi i zagaduje do niego. Kongregacja jest szczęśliwa, mają dwie nowe siostry. Przekazanie znaku pokoju - wszyscy wstają z miejsc, ściskają się, śpiewają z euforią. Wszyscy do mnie podchodzą, mówią miłe słowa, obejmują serdecznie, a ja nie mogę przestać płakać. W końcu się uspokajam, choć cały czas mam łzy w oczach. Liturgia dobiega końca i ksiądz przekazuje mikrofon ministrantce, która podchodzi do mnie i... prosi w imieniu kapłana, abym się przedstawiła!

Ze ściśniętym gardłem dziękuję i mówię, że przyjechałam do ich kraju zobaczyć, jak to jest żyć w spokoju w wielokulturowym społeczeństwie, w tolerancji, jaką może się pochwalić niewiele państw na świecie. Mówię, że ich kościół jest pierwszym, jaki odwiedzam, i że pójdę też do kościołów innych odłamów chrześcijaństwa oraz do meczetu, świątyń hinduskich i buddyjskich oraz do sangom. Chcę rozmawiać z ludźmi i uczyć się od nich tolerancji, by szerzyć ją w moim kraju. Wszyscy ze zrozumieniem kiwają głowami, a ksiądz wznosi modlitwę za powodzenie mojej misji. Znów lecą mi łzy i sama już nie wiem dlaczego - czy z powodu otwartości tych ludzi, czy dlatego, że w Polsce chyba w żadnym kościele coś takiego by się nie wydarzyło.

Botswana uwolniła się od kolonizacji w 1966 r. i od tego czasu spokojnie i bez żadnych zawirowań rozwija się i dba o swoją kulturową różnorodność

Botswańczycy mają prawo nienawidzić białych (o ile istnieje prawo do nienawiści), ale tego nie robią. W parlamencie mają całą paletę barw skóry i religii. W Botswanie jest tak duża diaspora hinduska, że w samej tylko stolicy, w której mieszka 250 tys. ludzi, są aż trzy świątynie. Jest też diaspora chińska i dwa ośrodki buddyjskie. Meczet jest otwarty dla wszystkich i bez problemu mogę porozmawiać z mułłą, który nie próbuje mnie nawrócić na islam, a wręcz przeciwnie - przyklaskuje moim badaniom i mówi, że są potrzebne. Dlaczego w Botswanie udaje się to, co w wielu krajach świata wydaje się niemożliwym do spełnienia snem? Czy dlatego, że mieszkają tu tylko dwa miliony osób? A może dlatego, że ci ludzi miłują pokój i mają Boga w sercu?

Czy gdzieś w Biblii jest napisane, że należy nienawidzić obcych? Że tylko swego bliźniego należy kochać? Nie przypominam sobie takiego fragmentu i jestem pewna, że go nie ma. Więc jak to jest z tą miłością bliźniego i tolerancją? Są możliwe, czy nie?

Przed wyjazdem z Polski zastanawiałam się nad tym, jakie artykuły napiszę dla "Holistic Health". Planowałam poruszyć kwestie tolerancji, istnienia i rozumienia duszy, rozwoju duchowego, ale nie miałam sprecyzowanych planów. Jak zawsze w moim przypadku, wykrystalizowały się one same, gdy tylko znalazłam się w Afryce, już w pierwszym tygodniu pobytu. Coś się tu we mnie wyzwala, opadają blokady, relaksuję się i daję się ponieść tzw. african time. My mamy zegarki, Afrykanie mają czas, co znaczy mniej więcej tyle: wrzuć na luz, nie spiesz się, nie planuj, jak coś ci nie wyjdzie, to nic się nie stanie, słońce nie zgaśnie, księżyc nie spadnie, wszystko dzieje się wtedy, kiedy ma się dziać. I tak też jest teraz ze mną, gdy snuję swoje rozważania na temat tolerancji.

Tytuł mojego projektu naukowego to "Pejzaż ezoteryczny Południowej Afryki", co oznacza, że badam wszelkie przejawy myśli duchowej, religijnej i ezoterycznej w Botswanie, RPA, Zambii i Namibii

Tak się wspaniale złożyło, że Narodowe Centrum Nauki pozwoliło mi przesunąć środki i włączyć do badań również Lesotho, małe królestwo otoczone ze wszystkich stron przez RPA. Na mapie wygląda jak łezka na szczycie Gór Smoczych. Lesotho to ewenement - monarchia konstytucyjna, która uniknęła apartheidu - była kolonią brytyjską, a Brytyjczycy dogadali się z Afrykanerami i ustalili granice, których tamci nie mieli przekraczać. Żyli też w zgodzie z królem i w kraju panował względny spokój.

Lesotyjczycy nie mieli więc Afrykanerów i ich reżimu, a koniec kolonizacji przebiegł bez problemów. Kraj znajduje się na wysokości ponad 1200 m n.p.m. i doświadcza ekstremów pogodowych podobnych do Polski: od minus 30 do plus 30 st. C. Góry zbudowane są z bazaltu, najtwardszej skały, na której rośnie tylko trawa i to z trudem. Żadne drzewo nie ma korzeni zdolnych przebić się przez bazalt. Na mapie widać jedną główną rzekę i trochę niewielkich dopływów, raczej nic, co mogłoby powodować powodzie. A jednak... każdego roku skromne poletka zalewane są milionami litrów wody.

Skąd się ona bierze? Ze śniegu i... łez. Nie są to na szczęście łzy ludzkie. To skały płaczą. Gdy się patrzy na ciemne zbocza, wtedy widać, jak migoczą niczym lód nawet w środku lata. Jest to jeden z najbardziej niesamowitych cudów natury! Z gładkiej skały wydobywają się kropelki, które spływają, dzielne niczym lesotyjscy chłopi, tworząc maleńkie strumyczki. Płyną i płyną, łącząc się w walce z wysuszającym słońcem. Wiedzą, że w ich jedności jest siła, przyjmują więc każdą kroplę z radością i razem zamieniają się w rzeki. Ich intencje są tak krystalicznie czyste, że można pić prosto ze strumienia. Ta woda jest pyszna, nie obchodzi jej, z którego zbocza napłynęły krople, razem stworzyły coś wspaniałego - rzekę!

Lesotyjczycy, mimo strasznej biedy, są zjednoczeni jak te krople w swojej pracy i walce z żywiołem, jakim jest wiosenna powódź. Nie kłócą się o byle co, wiedzą, że aby przetrwać, muszą działać razem, a nie marnować czas na przepychanki polityczne

W Botswanie mają ogromną rzekę Okawongo. Jej rozlewiska znajdują się na północy i są domem dla wszystkich gatunków zwierząt i ptaków, a ludzie przybywają tam, by stać się częścią wspaniałej Matki Natury i chłonąć jej jedność w różnorodności i miłość. Czy przyroda determinuje nasze życiowe postawy? Na pewno możemy się od niej uczyć.

Spotkałam tu niesamowitą osobę. Claire ma 52 lata, urodziła się w RPA i spędziła dzieciństwo oraz wczesną młodość w czasach apartheidu. Jest biała, ale nie cieszyły jej przywileje polityki "tylko dla białych", chciała uciec od segregacji. Mając 24 lata, przeniosła się z mężem i małymi synkami do Botswany, do dziś kocha ten kraj za jego otwartość, tolerancję i mieszanie się kultur. Tu nikogo nie dziwi, że jest buddystką i mistrzynią reiki. Jej klientami są przedstawiciele wszystkich kultur. Poznał mnie z nią znajomy Hindus, którego spotkałam kilka lat temu na medytacjach prowadzonych przez peruwiańskiego szamana w RPA. Dość międzykulturowo, sami przyznacie. Uwielbiam to multi-kulti! Zadzwoniłam do niej i opowiedziałam o moim projekcie, a ona natychmiast zdecydowała się ze mną spotkać. Okazało się, że pojawiłam się w jej życiu nieprzypadkowo. No tak, przecież podstawą szamanizmu, buddyzmu i wszystkiego, czym się obie zajmujemy, jest założenie, że przypadki nie istnieją!

Dzieci siedzą na schodach. Fot. Agnieszka PodoleckaFot. Agnieszka Podolecka

Claire przeszła chorobę sangom, która przejawia się traumą psychiczną, wizjami i ciężką chorobą fizyczną, a wszystko to trwa latami. Problem w tym, że był apartheid i skontaktowanie się z sangomą, która rozpoznałaby chorobę, graniczyło z cudem. Dlatego szukała na własną rękę, a jedna z pierwszych książek o duchowości, jaką znalazła, była o... szamanizmie. Potem przyszedł czas na buddyzm. Gdy tylko wylądowała w Botswanie, poznała buddyjskiego mnicha, który odkrył jej potencjał i poprowadził ku uzdrawianiu ludzi. Claire nie miała pojęcia o chorobie sangom (chorobie szamańskiej, niezbędnej do przejścia ze świata profanum do sacrum) i dowiedziała się o niej... ode mnie! Dzięki naszej rozmowie zrozumiała, co się z nią działo, dlaczego musiała doznać tak głębokiej przemiany wewnętrznej w ramach buddyzmu i poświęcić swe życie pomaganiu innym. Przodkowie nie mogli jej skierować do sangomy, więc posłali ją do buddyjskiego mnicha.

Zabawne, jak to bywa w naszym życiu: 5 lat temu na medytacjach, na które zabrała mnie Polka mieszkająca w Johannesburgu, poznaję Hindusa, potem ten Hindus okazuje się jedynym moim znajomym w Botswanie i już pierwszego dnia kontaktuje mnie z Claire. A to wszystko nie byłoby możliwe, gdyby nie choroba mojego taty lata temu...

Dzięki studiom doktoranckim dostałam stypendium i trafiłam do Claire w Botswanie. Po drodze z osoby koncentrującej się na afrykańskiej kulturze stałam się jej orędowniczką i obrończynią. Staram się pokazywać różnorodność tego kontynentu i bogactwo pochodzące z wielokulturowości, której tyle osób się boi.

Skąd bierze się strach? Z niewiedzy oczywiście. Koncepcja "obcego" w psychologii została omówiona dokładnie przez setki naukowców. Boimy się nieznanego, zwłaszcza kultur różnych od naszej kultury

Kategoryzujemy ludzi wedle tego, co jest nam znane, a co obce. Inność zagraża porządkowi rzeczy, który znamy, więc go bronimy, nawet jeśli nie za bardzo nam odpowiada. Jest nam jednak bliski, jest swój. To przypadek Kargula i Pawlaka - po co nowy wróg, skoro można mieć starego? Potrzebne są dobre chęci i mądra edukacja, by pokonać ten lęk. Gdy moje dzieci chodziły do szkoły w RPA, miały przedmiot o nazwie religia. Jedna godzina tygodniowo, podczas której hindusi szli na hindu studies, żydzi na hebrew studies, muzułmanie na islam, chrześcijanie wszelkiej maści na studia biblijne, a ateiści na etykę.

Raz w miesiącu wszyscy się spotykali i dyskutowali na jeden temat, szukając podobieństw między każdą z tych religii. Tematy były przeróżne, w zależności od wieku: stroje, pozycja kobiety, kwestia duszy, śmierć, święta, pomaganie rodzicom w domu. Celem tych zajęć było - podkreślam - znalezienie podobieństw. Żydzi zapraszali potem na bar micwę muzułmańskich i chrześcijańskich kolegów, a katolicy świętowali pierwszą komunię z hindusami, żydami i muzułmanami. Na komunii mojej córki był pełen przekrój Tęczowego Narodu. RPA nie jest wolne od napięć rasowych, powiedziałabym wręcz, że swoje żniwo zbiera tu ciągle apartheid, czynią to też waśnie klanowe.

Zulusi tradycyjnie nie lubią się z ludem Khosa i ten konflikt przeniósł się nawet do parlamentu. Ale... w szkołach, przynajmniej tych trochę lepszych, są prowadzone zajęcia z religioznawstwa, a co za tym idzie - z tolerancji

W Botswanie udało się wszystkie religie i duchowości idealnie połączyć. Mamy tu prawdziwy tygiel kulturowy, ale w tym tyglu wcale nie wrze! Nawet się nie gotuje. Społeczna zupa pyka sobie radośnie i ładnie pachnie.

Oczywiście można wyciągnąć kwestię Buszmenów, choć doradzam dużą ostrożność w czytaniu informacji na ich temat w internecie.

Buszmeni są ludem łowiecko-zbierackim. Oznacza to, że w ich kulturze (najstarszej na południu Afryki, wszystkie inne ludy przybyły ze środka i wschodu kontynentu) poluje się na dzikie zwierzęta i zbiera dary lasu. Przez wielu ta kultura jest więc postrzegana jako prymitywna. Nie zgadzam się z tym i na szczęście takich jak ja są miliony. W Afryce naprawdę nie brakuje gazeli, a afrykańskie ludy, w tym Buszmeni (a właściwie lud San), nie jedzą ich codziennie. Wiedzą, kiedy są okresy rozrodcze i trzeba chronić zwierzyniec.

Sanowie żyją w zgodzie z Matką Naturą, mają piękne, głębokie wierzenia szamańskie. Boskości upatrują w samej przyrodzie. Eland, największa antylopa świata, jest dla nich uosobieniem boskiej mocy. Gdy myśliwi ludu San chcą zapolować, ich szamani modlą się do bogini Eland. Ta modlitwa jest wydarzeniem dla całej wspólnoty: kobiety klaszczą, mężczyźni wybijają rytm dzidami lub na bębnach, szamani wpadają w trans, w którym ich świadomość się zmienia i łączy z duchem Natury. Cała społeczność pomaga im pozostać w transie tak długo, aż uzyskają pozwolenie na polowanie. Nie ma podziału na mężczyzn i kobiety, dzieci nie zostają w chacie, wszystkich jednoczy wspólny cel, jakim jest dobrobyt wspólnoty. Dopiero gdy szaman lub szamani wrócą ze swojej wyprawy do świata duchowego i przyniosą pozwolenie polowania, mężczyźni wyruszają do lasu.

I tu pojawia się problem XXI wieku - żywa gazela jest więcej warta niż martwa gazela, więc lepiej zabronić Sanom polowania i zmusić ich do osiadłego i tzw. cywilizowanego stylu życia. Do tego okazało się, że Sanowie mieszkają na terenach ze złożami diamentowymi... Co za pech! Nie można ich zaiste zostawić w spokoju. To chyba jedyna skaza na pięknym obliczu botswańskiej tolerancji: Sanowie dostają wyroki eksmisyjne. Wymówka rządu: dzięki pieniądzom z diamentów Botswana jest krainą mlekiem i miodem płynącą, każdy ma gdzie mieszkać, ma dostęp do świetnej edukacji, dobrej służby zdrowia etc. Problem trudny do rozwikłania, bo Sanów już przesiedlano z powodu diamentów i trochę im się ten temat znudził. W rządzie są przedstawiciele Sanów, tak jak i innych kultur. Jakoś muszą się w końcu dogadać.

Dzieci w botswańskich szkołach uczą się o wszystkich wierzeniach w tym kraju, a nawet gdyby nie było odpowiednich lekcji, to przecież w jednej klasie mają przekrój społeczny swojego narodu! Uczą się więc o sobie od siebie nawzajem. Izolacja Sanów nie działa na ich korzyść, ale trzeba przyznać Botswańczykom, że nie wykorzystują mediów i edukacji do szerzenia niechęci wobec tego ludu. Tu jest Afryka, a to oznacza różnorodność.

O AUTORCE

Dr Agnieszka Podolecka urodziła się w Sri Lance i od najmłodszych lat interesowała się innymi kulturami. Jest orientalistką i afrykanistką. Pracę doktorską napisała na temat szamanizmu południowoafrykańskiego i jego oddziaływania na New Age. Prowadzi badania w RPA, Lesotho. Namibii, Botswanie i Zambii. Jest autorką artykułów naukowych i dwóch powieści: "Za głosem sangomy" i "Żar Sahelu".

Podróż do Afryki i badania wśród sangom były możliwe dzięki stypendium Narodowego Centrum Nauki, nr projektu: 2017/25/N/HS1/02500.

Holistic Health listopad - grudzień 2018
Znajdź terapeutę i uzyskaj pomoc
Zgodnie ze swoimi potrzebami medycyny niekonwencjonalnej
Szczególnie polecamy
Co wpływa na przyswajalność magnezu?

Co wpływa na przyswajalność magnezu?

Ten ważny pierwiastek uczestniczy w wielu funkcjach organizmu. Jaki suplement...

Raport specjalny

Bezpieczny dom

Bezpieczny dom

Wydanie tabletowe

Tablet O Czym Lekarze Ci Nie Powiedzą App Store