Najnowsza i największa jak dotąd analiza tego zagadnienia zebrała 35 badań i blisko 24,5 tysiąca uczestników z USA, Kanady, Australii i Europy. Wniosek: między związkami monogamicznymi a konsensualnie niemonogamicznymi nie ma istotnej różnicy ani w satysfakcji ze związku, ani z seksu. Wynik ten utrzymał się w podgrupach, niezależnie od orientacji i od konkretnego typu układu.
Słowem kluczem była jednak, świadoma zgoda na taką, a nie inna formę związku, między wszystkimi zaangażowanymi stronami. To nie jest zachęta do zmiany modelu, autorzy wyraźnie zaznaczają, że dane nie mówią, że każdemu będzie lepiej w związku niemonogamicznym. Mówią coś innego, ważniejszego klinicznie: o jakości relacji rozstrzyga nie jej forma, lecz proces.
Zgoda, bezpieczeństwo i autonomia, komunikacja oraz satysfakcja, działają także tutaj. Układ, w którym jest jawna zgoda, szczerość i rozmowa, bywa zdrowy. Układ oparty na przymusie, ukrywaniu i milczeniu szkodzi – i to niezależnie od tego, czy partnerów jest dwoje, czy więcej i w jakiej konfiguracji.
Związek otwarty i swingowanie
Wbrew wrażeniu, jakie dają media, to nie jest ani zjawisko marginalne, ani masowe. W reprezentatywnych próbach dorosłych Amerykanów około 20% badanych przyznało, że kiedykolwiek w życiu było w jakiejś formie konsensualnej nie monogamii. Obecnie żyje tak około 4–5% osób będących w związku. Statystycznie więc niemal w każdym większym gronie znajomych ktoś takie doświadczenie ma, częściej, niż się o tym mówi. Uczciwość wymaga pokazania obu stron.
Owszem, wspomniana analiza nie wykryła różnicy w satysfakcji. Ale w części badań związki czysto otwarte wypadały nieco gorzej niż inne formy intymności i różnica ta znikała, gdy uwzględniono jakość komunikacji oraz to, czy ludzie wchodzili w taki układ z wyboru, czy pod presją partnera. Znowu rozstrzyga proces, nie etykieta. Z perspektywy zdrowia najważniejsze jest jednak co innego. Najlepiej udokumentowanym obciążeniem nie jest sama forma związku, lecz piętno i związany z nim stres mniejszościowy, lęk przed ujawnieniem, trudniejszy dostęp do przychylnej opieki.
To wskazówka także dla lekarza w gabinecie: pacjenta w nietypowym układzie intymnym nie trzeba leczyć z układu, ale trzeba potraktować, jak każdego innego i ulżyć mu w cierpieniu.
Cuckolding
Jest jeden punkt, w którym wątek psychiczny wraca do ciała: ryzyko zakażeń przenoszonych drogą płciową. Tu nie ma miejsca na domyślność – regularne badania, stosowanie prezerwatyw i szczera rozmowa o testach to nie temat do negocjacji, lecz warunek bezpieczeństwa każdego układu z więcej niż jednym partnerem.
Przykładem jest tu cuckolding. Polega on na osiąganiu podniecenia wskutek wyobrażenia sobie partnerki lub partnera z inną osobą. Bywa traktowany jako margines albo wręcz obelga. Dane mówią jednak co innego. W największym jak dotąd badaniu fantazji seksualnych, przeprowadzonym na ponad 4 tysiącach dorosłych Amerykanów, tego rodzaju fantazja okazała się zaskakująco powszechna – miewa ją około 50% mężczyzn i blisko 30% kobiet. W osobnym badaniu niemal 30% osób w związkach monogamicznych przyznała, że jakaś forma otwartości jest częścią ich ulubionej fantazji.
Kluczowe rozróżnienie, to samo, które ratuje wiele rozmów w gabinecie, brzmi: fantazja to nie to samo co praktyka, a jedno nie zobowiązuje do drugiego. Badacze widzą w cuckoldingu często mechanizm oswajania zazdrości czy lęku przed zdradą, poprzez paradoksalne przekształcenie czegoś groźnego w coś podniecającego. Dla wielu osób pozostaje on bezpieczną fantazją, a gdy jest w pełni uzgodniony i komunikowany bywa elementem wzbogacającym więź.
Granica między zdrową a niezdrową fantazją nie przebiega więc w jej treści, lecz w jej działaniu. Niepokoić powinny trzy rzeczy: przymus (gdy jedna strona ulega, by nie stracić drugiej), kompulsja (gdy fantazja przestaje być wyborem) i cierpienie (gdy temat zostawia po sobie wstyd, a nie bliskość). Najczęstszym źródłem szkody nie jest zresztą sama fantazja, lecz wstyd i milczenie wokół niej – to one izolują, nie sama treść wyobraźni.
Partner wygenerowany przez AI
Najnowsze i najszybciej rosnące z tych zjawisk nie istniało jeszcze parę lat temu. Aplikacje oferujące towarzysza AI – rozmówcę, przyjaciela, czasem partnera romantycznego – mają już dziesiątki milionów użytkowników, a rynek tych produktów liczony jest w dziesiątkach miliardów dolarów.
Dla części osób to realna ulga: badania pokazują, że rozmowa z AI potrafi obniżyć poczucie samotności w stopniu zbliżonym do rozmowy z drugim człowiekiem, a dla ludzi nieśmiałych, wykluczonych czy w żałobie, bywa pierwszym od dawna miejscem, gdzie czują się wysłuchani – bez oceny, o każdej porze.
Jest tu jednak haczyk. Badania dowiodły, że umiarkowane korzystanie z takich narzędzi AI bywało pomocne, ale intensywne i codzienne wiązało się z większą samotnością, mniejszą liczbą realnych kontaktów i silniejszą zależnością emocjonalną.
Inne analizy opisują jednocześnie mechanizm szkody: partner AI jest zbyt ludzki, a zarazem nie dość ludzki – wystarczająco, by uruchomić przywiązanie, lecz nie na tyle, by je odwzajemnić. Dochodzi do tego konflikt interesów, wpisany w sam model biznesowy: aplikacja zarabia na zaangażowaniu, więc jest projektowana tak, by przy niej zostać – zawsze potakująca, nigdy nie kłótliwa, dostępna na żądanie. Tworzy to wzorzec, z którym żywy człowiek, który przecież bywa nieprzewidywalny i wymagający, nie ma jak konkurować.
Pytanie rozstrzygające jest więc proste: czy AI prowadzi cię do ludzi, czy ich zastępuje?
Jako pomost – ćwiczenie rozmowy, towarzystwo w trudnym okresie, oswojenie samotności – potrafi pomóc. Jako substytut partnera zamyka pętlę: im więcej czasu z aplikacją, tym mniej z ludźmi i tym trudniej do ludzi wrócić. Szczególnej ostrożności wymagają osoby najbardziej podatne na manipulację, w tym nastolatki i osoby w kryzysie psychicznym.
Opisano już tragiczne przypadki, w których intensywna relacja z chatbotem współwystępowała z pogłębieniem kryzysu. To nie argument za zakazem, lecz za czujnością, aby narzędzie, które ma łagodzić samotność, nie stało się powodem, by przestać szukać drugiego człowieka.
Tekst dr Anna Anderson