Jak być dobrym rodzicem? Rozmowa z Małgorzatą Filipiak

Wszyscy chcielibyśmy budować zdrowe relacje z naszymi dziećmi, ale to niełatwe. Popełniając błędy, możemy się wiele nauczyć. O mądrym rodzicielstwie, wyzwaniach, smutkach i radościach rozmawiamy z terapeutką Małgorzatą Filipiak.

Artykuł na: 38-48 minut

Małgorzata Filipiak

Terapeutka i hipnoterapeutka dzieci i młodzieży, osób doro­słych i par. Uczestniczka Szkoły Psychoterapii w Fundacji Vis Salutis. Absolwentka pedagogiki na UAM w Poznaniu oraz psy­chologii zarządzania w Wyższej Szkole Bankowej, również w Poznaniu. Ukończyła kurs terapii dzieci i młodzieży w Centrum CBT w Warszawie, a także kurs hipnozy praktycznej w Polskim Instytucie NLP w Warszawie i w Szkole Hipnozy OMNI. Pro­wadzi prywatną praktykę.



Agnieszka Podolecka: Złe relacje rodzinne są często głównym powodem psychoterapii. Do końca życia borykamy się z ograniczeniami narzuconymi przez rodziców, buntujemy się albo biernie poddajemy, spędzamy czas z rodziną, choć tego nie lubimy, bo odczuwamy społeczny przymus. Dlaczego tak się dzieje?

Małgorzata Filipiak: To bardzo złożony problem. Jest powie­dzenie „rodziny się nie wybiera”. W okresie dzieciństwa i wczesnej młodości rzeczywiście nie mamy wpływu na kon­takty rodzinne, taki wybór zyskujemy dopiero jako dorośli ludzie, którzy mogą albo uleczyć relacje rodzinne, albo odciąć się od rodziców czy rodzeństwa i założyć własną, lepszą rodzinę.

Prawda jest taka, że gdybyśmy na przykład poznali się z rodzicami albo rodzeństwem w szkole czy na podwórku, to nie zawsze byśmy się z nimi zaprzyjaźnili, a ponieważ łączą nas więzy krwi, to zmusza się nas do tego, aby kochać się nawzajem. Oczywiście nie można nikogo zmusić do miłości. Zazwyczaj winę za złe relacje rodzinne ponoszą rodzice, którzy weszli w swoje małżeństwo z baga­żem doświadczeń z własnych rodzin.

Ich doświadczenia często są złe i powodują złe zachowania, które następnie bywają mimowolnie powielane przez kolejne pokolenia, dopóki ktoś się nie zbuntuje, nie przeanalizuje wzorców rodzinnych, nie zmieni sposobu myślenia i nie zdobędzie umiejętności kształtowania życia inaczej niż przodkowie. Każdy z nas rodzi się z określonymi cechami charakteru, temperamentem i tendencjami psychicznymi, które potem są modyfikowane przez wychowanie. Jednakże wychowanie, nawet dobre i pełne miłości, nie sprawi, że będziemy cha­rakterologicznie pasować do swoich krewnych. Stąd w więk­szości rodzin tzw. czarne owce, czyli osoby, które z punktu widzenia większości są kompletnie niedopasowane do reszty. Najczęściej nie są to osoby w żaden sposób złe, okrutne czy uzależnione od używek, ale ludzie, którzy myślą inaczej, wybierają drogę życiową, która nie mieści się w głowie ich rodzicom i rodzeństwu. W efekcie członkowie rodziny nie umieją ze sobą przebywać w zgodzie, bo żadna ze stron nie chce iść na ustępstwa i choć trochę się dopasować.

Jako rodzice nie powinniśmy oczekiwać, że dzieci pójdą naszą drogą, będą wyznawać nasze ideały, spełnią oczekiwania, jakie w nich pokładamy. Taki stosunek do dzieci jest bardzo przedmiotowy i nie może dać dobrych efektów wychowaw­czych, o przyjaznych relacjach nie wspominając. Krótko mówiąc, dzieci rodzimy i wychowujemy dla świata, a nie dla siebie, i gdy pozwalamy im iść własną drogą, mamy większe szanse na stworzenie szczęśliwej rodziny.

AP: Jakie są najczęstsze błędy rodziców?

MF: Rodzice zazwyczaj mają wiele kompleksów, których nie umieją w sobie pokonać. Mają nadzieję, że kształtując życie dzieci, uchronią je przed tymi kompleksami i problemami, jakie z nich wynikły. Nie dają dzieciom prawa wyboru, za to projektują na nie swoje marzenia i próbują ulepić dzieci w takim kształcie, jaki wydaje im się słuszny. Chcą, aby dzieci były takie, jacy oni sami chcieliby być, ale im nie wyszło.

Oto przykład: otyli rodzice zapisali swoją pięcioletnią córkę na zajęcia z tańca towarzyskiego. Pozornie nie ma w tym nic złego, to ładny sport, ale rodzice zmuszali córkę do ćwicze­nia pięć godzin dziennie i tak zmienili jej dietę, że dostar­czała ona jedynie połowę kalorii potrzebnych do sprostania aktywnemu życiu. Nie miała czasu na zabawy z przyjaciółmi, wykrzywił się jej kręgosłup, bo musiała przybierać trudne pozy podczas tańczenia walca, a gdy dziewczyna złamała kość w stopie, kazali jej wziąć udział w turnieju mimo bólu i dopiero następnego dnia zawieźli na pogotowie.

W efekcie ich córka zamiast cieszyć się tańcem, stała się nieszczęśliwą nastolatką, pełną pretensji do rodziców. Gdy w końcu kate­gorycznie odmówiła tańczenia, rodzice byli pełni pretensji, bo przecież ich zdaniem dali córce szansę, wydali mnóstwo pieniędzy i podporządkowali swoje życie jej turniejom. Uznali córkę za niewdzięczną i z przerażeniem patrzyli, jak przestaje odmawiać sobie jedzenia i przybiera na wadze – przytyła piętnaście kilogramów. Cud, że ta dziewczyna nie wpadła w anoreksję. Byłoby znacznie lepiej, gdyby otyli rodzice gotowali zdrowe, lekko­strawne jedzenie, zamiast ograniczać posiłki do minimum, i pozwolili wybrać córce rodzaj sportu, który uprawiałaby nie zawodowo, lecz dla przyjemności. Sami również powinni ćwiczyć. Powinni też zaakceptować fakt, że nie każdy ma możliwość być bardzo szczupłym.

Ta histo­ria powinna być przestrogą dla wszystkich rodziców: dzielcie się swoimi doświadczeniami, mówcie, co się wam w życiu nie udało i dlaczego, ale nie przeżywajcie życia za swoje dzieci, one mają prawo samodzielnie wybierać i decydować. A jeśli popełnią wasze błędy? No cóż, nie myli się tylko ten, kto nic nie robi. Każdy błąd jest cenną lekcją i jeśli nauczymy się wyciągać wnioski z tych lekcji, nasze życie każdego dnia będzie lepsze. Im lepiej porozumiemy się z dziećmi, tym bardziej będą nam ufać, nie będą chciały zawieźć naszego zaufania i będziemy mieli z nimi naprawdę przyjazne relacje.

AP: Życie to zbiór błędów, strat i nagród, smutków i radości. Jako matka chciałabym uchronić moje córki przed wszelkimi przykrościami, ale to niemożliwe.

MF: Manipulując dziećmi, skłaniając je do określonego stylu życia, sprawiamy, że automatycznie popełniają nasze błędy, stają się niewolnikami naszej ideologii, nie mają odwagi, by rozwinąć skrzydła i zdobywać nowe lądy, zarówno w znaczeniu metaforycznym, jak i dosłownym. Rodzice powinni dać dzieciom korzenie, aby zawsze mogły wrócić do domu, i skrzydła, by mogły odlecieć. Jeśli dziecko chce się wyprowadzić do innego miasta czy nawet kraju, nie mamy prawa go zatrzymywać. Jeśli chce zdobyć zawód, który wydaje się nam bezsensowny, przedyskutujmy z nim sprawę, wyjaśnijmy, jakie możliwości zawodowe daje dana szkoła lub studia, jakie są za i przeciw, ale decyzję zostawmy w jego rękach.

AP: Jestem najlepszym przykładem takiego zachowania. Moja mama chciała, abym studiowała prawo, bo byłabym dobrym prawnikiem. To chyba prawda, ale też strasznie bym się nudziła i frustrowała kłopotami klientów. Wybrałam orientalistykę, potem afrykanistykę i te dwa kierunki studiów dały mi w życiu najwięcej radości i umożliwiły podróżowanie. Jestem wdzięczna rodzicom, że przedyskutowaliśmy mój wybór i że go uszanowali.

MF: W filmie „Stowarzyszenie umarłych poetów” nastolatek popełnia samobójstwo, bo ojciec nie zgadza się, aby został aktorem. Akcja rozgrywa się w latach sześćdziesiątych, bohaterowie, młodzi chłopcy, rozmawiają o tym, że każdy z nich będzie robić to, co nakażą im ojcowie, bo przecież jeden ma kancelarię adwokacją do odziedziczenia, inny musi zostać lekarzem, a jeszcze inny bankowcem.

Czy wiesz, że takie sytuacje ciągle mają miejsce? Znam lekarza, który stał się alkoholikiem, bo ojciec kazał mu iść na medycynę, a on na trzeźwo nie mógł sobie poradzić z zajęciami w prosektorium. Chciał być artystą i owszem, w wolnej chwili maluje obrazy, ale nadal jest strasznie nieszczę­śliwym lekarzem. Na szczęście takich sytuacji jest coraz mniej, co wynika z rewolucji społecz­nej ostatnich kilkudziesięciu lat oraz samoświa­domości dzieci, że mogą się buntować. Rośnie też samoświadomość rodziców, którzy sami szu­kają informacji w książkach psychologicznych i Internecie. Pierwszym krokiem do stworzenia dobrych relacji z dziećmi jest uczciwa rozmowa, spokojna wymiana argumentów i poglądów oraz wzajemne poszanowanie opinii.

AP: Moim zdaniem współcześni rodzice są zagubieni, nie rozumieją, że ich dzieci żyją w zupełni innym świecie niż oni.

MF: Różnice między pokoleniami istniały zawsze, w dodatku Internet stworzył kulturę zupełnie obcą i nie­zrozumiałą dla współczesnych 40-latków, którzy wychowali się bez komórek i bez komputerów, nie ulegali złudzeniu idealnego świata z Photoshopa. Co najwyżej podziwiali modelki w gazetach, ale nie porównywali się z chudzielcami z Internetu ani z gwiazdami, których urodę poprawiono komputerowo. To tylko jeden przykład. Współczesne sze­ściolatki mają często nieograniczony dostęp do Internetu, o nastolatkach nawet nie wspomnę, i dostają z niego jak najgorszy przekaz.

W efekcie mamy plagę anoreksji i buli­mii, najwyższy w historii odsetek samobójstw wśród dzieci i kolejki do psychiatrów i psychoterapeutów, bo rodzice w żaden sposób nie umieją porozumieć się ze swoim potomstwem. Mało tego, zamiast być przewodnikiem dla swoich dzieci, rodzice oczekują, że to dzieci będą przewod­nikami po tym nowym, internetowym świecie. A to już jest zupełnym postawieniem spraw na głowie, zaprzeczeniem potrzeb dzieci, które owszem, chcą być samodzielne, ale jednak oczekują od rodziców jakichś wytycznych.

Quote icon
Pierwszym krokiem do posiadania dobrych relacji z dziećmi, czyli uniknięcia niepotrzebnych konfliktów i w efekcie zyskania świętego spokoju, jest otwarta rozmowa i wzajemna chęć zrozumienia się.

Dzisiejsza młodzież nie rozumie, dlaczego rodzicom prze­szkadza, że nastolatki spędzają czas wolny, grając w Inter­necie, i że nie chcą wychodzić na podwórko. A przecież to rodzice sami dają dzieciom do ręki urządzenia do gier i surfowania w sieci, aby zyskać dla siebie chwilę spokoju.

Rodzice nie pojmują, dlaczego ich dzieci głośno przyznają się do homoseksualizmu czy biseksualizmu, mieszkają z partnerami bez ślubu i nie chcą marnować czasu na spo­tkania z ciotkami i resztą rodziny, skoro w tym czasie mogą poszaleć w klubie albo grać online z kolegami z całego świata. Zatem powtórzę: pierwszym krokiem do posiadania dobrych relacji z dziećmi, czyli uniknięcia niepotrzebnych konfliktów i w efekcie zyskania świętego spokoju, jest otwarta rozmowa i wzajemna chęć zrozumienia się.

AP: Ufanie dzieciom, zwłaszcza nastolatkom, jest bezpieczne?

MP: Moim zdaniem dzieciom warto zaufać i dać swobodę w obrębie wypracowanej wspólnie umowy. Należy przedys­kutować z nimi czas powrotu do domu, ustalić, czy mogą chodzić do klubów do woli, czy tylko na zorganizowane zamknięte imprezy, na przykład urodzinowe, ustalić, że roz­rywki mają miejsce po odrobieniu lekcji oraz wywiązaniu się z obowiązków domowych. I zadbać o to, aby chłopcy mieli te same obowiązki co dziewczęta, bo w dzisiejszych czasach argument, że sprzątanie czy zmywanie jest sprawą babską, może u dzieci wywołać jedynie bunt i gorzki śmiech.

Najlepiej spisać wspólne postanowienia i się ich konsekwentnie trzymać. Ta konsekwencja dotyczy również rodziców. Jeśli coś obiecają dziecku, nie mogą zmieniać zdania bez powodu, bo stracą jego szacunek. Działanie w określonych ramach jest prostsze zarówno dla dorosłych, jak i dla dzieci i młodzieży, pomaga budować dobre relacje.

"Działanie w określonych ramach jest prostsze zarówno dla dorosłych, jak i dla dzieci i młodzieży, pomaga budować dobre relacje.AP: Dzieci bombardowane są informacjami ze wszystkich stron. Rodzicom ciężko stawić temu czoło"

MF: Żyjemy w pewnym systemie, czy się nam to podoba, czy nie, i nie mamy pełnej kontroli nad tym, co się dzieje z naszymi dziećmi. Dlatego warto zaprosić je do wspól­nego tańca, w którym będziemy się wzajemnie uczyć. Taniec jest piękny i harmonijny tylko wtedy, gdy partnerzy ze sobą współpracują. Podczas tego tańca może się okazać, że wyuczone przez rodziców kroki nie będą harmonizować z krokami dzieci i tu trzeba się zdobyć na wysiłek i dopa­sować. Dla wielu rodziców wyznacznikiem tego, co dobre, a co złe i jak należy żyć, jest do dziś religia. Współczesna młodzież często nie chce ograniczać się do jednej religii, szuka prawdy w wielu, bo dzięki Internetowi ma dostęp do nieograniczonej wiedzy. Nasze dzieci szukają informacji i kształtują własną duchowość, często odrzucając katoli­cyzm czy inną religię rodziców.

Szkoła i rodzice starają się wpoić dzieciom ideę: Bóg, honor, ojczyzna, a dzieci znaj­dują informacje, że te wartości to jest jedna wielka bzdura i najważniejszy jest rozwój osobisty i wolność wyboru, a nie jakiś kraj czy religia. I rodzice powinni zrozumieć i zaakcep­tować taki wybór. Oczywiście czasami jest to bardzo trudne, zwłaszcza gdy wierzymy, że nasze poglądy są słuszne. Pamiętajmy jednak, że wynikają one z naszych dotych­czasowych doświadczeń i nierzadko z presji społecznej, w jakiej wyrośliśmy. Nasi rówieśnicy z Niemiec czy Francji mają inne doświadczenia, nawet nasi sąsiedzi w bloku mogą myśleć inaczej. Gdy będziemy o tym pamiętać, uświado­mimy sobie, że ich doświadczenia ukształtowały inny spo­sób myślenia, a zatem i inny styl życia. Kto wie, może oni są szczęśliwsi? Może dzięki pozostawieniu dzieciom prawa wyboru, one będą szczęśliwszymi od nas ludźmi?

AP: Jak zaakceptować rewolucyjne dla nas poglądy dzieci?

MF: Trzeba przyjąć do wiadomości, że świat się naprawdę zmienia i że wcale nie musimy mieć racji, obstając przy swoich poglądach. Gdy nie umiemy zrobić tego sami, możemy sięgnąć po mądre książki, które nam w tym pomogą. Polecam: „Więź. Dlaczego rodzice powinni być ważniejsi od kolegów” dr. Gordona Neufelda i dr. Gabora Mate, „Patoposłuszeństwo” Mikołaja Marcela, „Cyfrowe dzieci” Beaty Pawłowicz i Tomasza Srebnickiego, a także „Dorosłe dzieci niedojrzałych emocjonalnie rodziców” Lindsay C. Gibson.

Dzisiaj dzieci oczekują od rodziców, aby je kochali bezwarunkowo, dawali im wsparcie, pomagali rozwijać się w takim kierunku, zarówno duchowym, jak i intelektualnym, w jakim one chcą, aby nie hamowali ich seksualności, akceptowali homoseksualizm, wspierali, jeśli są transseksualne i pragną zmienić płeć. To są wymagania osób wychowanych na informacjach ze świata, który jest znacznie bardziej tolerancyjny niż Polska. Jeśli mamy problem z oczekiwaniami naszych dzieci, zaprośmy je do dyskusji i porozmawiajmy.

Rząd dał nam do ręki świetne narzędzie – wyśmiany przedmiot o nazwie HIT. Ostatnio córka znajomych przyniosła notatkę w zeszycie. Na lekcji HIT-u podyktowano im obowiązki kobiet i mężczyzn. Mężczyźni poza przynoszeniem do domu pensji właściwie nie mieli żadnych poważnych obowiązków, za to kobiety miały ich całe mnóstwo: pracę zawodową, pranie, praso­wanie, sprzątanie, wychowywanie dzieci, odrabianie z nimi lekcji itp., itd. W rodzinie rozgorzała dyskusja i rodzice mądrze wyjaśnili córce, że takie podejście jest seksistowskie i niesprawiedliwe. Córka odpowiedziała: „wiem i cieszę się, że zgadzacie się ze mną, że takie poglądy to kupa bzdur”. Dyskusja jest podstawą wzajemnego porozumienia się.

Pierwszym krokiem do stworzenia dobrych relacji z dziećmi jest uczciwa rozmowa.

AP: Wielu rodziców jest tak zmęczonych, że naprawdę nie ma siły na dyskutowanie z dziećmi.

MF: Oczywiście zgadzam się z tobą całkowicie w tej kwe­stii, ale na dzieci trzeba znaleźć czas, jeśli się nie chce, aby inni mieli na nie większy wpływ niż my, rodzice. Nie mówię tu o byciu udręczoną matką Polką, która każdą chwilę oddaje rodzinie. Mówię o znalezieniu równowagi pomiędzy potrzebami dzieci i własnymi. Tę równowagę można znaleźć, gdy się otwarcie mówi o swoich potrzebach i ustala z dziećmi i partnerem sposób życia w rodzinie. W czasach wiktoriańskich rodzice poświęcali dzieciom tylko godzinę dziennie, ale przez tę godzinę byli w stu procentach zaangażowani w zabawy i rozmowy z dziećmi. Mówię tu o szlachcie i mieszczanach, którzy nie pracowali po 14 godzin dziennie w fabryce. Ta godzina była w całości dla dzieci.

Ilu dzisiejszych rodziców znajduje czas na to, by przez godzinę zajmować się wyłącznie tym, co dzieci lubią, bawić się z nimi, czytać książki, dyskutować, nie gotując w tym czasie obiadu i nie ścierając kurzu? Mimo licznych obowiązków, jeśli decydujemy się na posiadanie dzieci, powinniśmy wkalkulować w swój grafik czas prze­znaczony dla nich. Przecież oprócz odrabiania lekcji, można znaleźć zajęcia, które sprawią przyjemność obu stronom. Ciasto można piec razem z dziećmi, zwłaszcza maluchy lubią pomagać w kuchni. Nawet wspólne sprzątanie można zamienić w zabawę, gdy cała rodzina sprząta i śpiewa przy tym piosenki. Książki można wybierać tak, by dorośli też mieli frajdę z ich czytania. Jeśli ktoś lubi fantastykę, ma do wyboru całego „Harry’ego Pottera”, „Narnię” i setki innych książek. Jeśli ktoś jest pasjonatem samochodów, może pokazywać zdjęcia aut dzieciom i wyjaśniać, co jest w nich fajne. Jeśli rodzic relaksuje się, robiąc biżuterię czy malując, może dać dzieciom przybory do artystycznych zabaw i pozwolić im tworzyć obok siebie.

Dobrym punktem wyjścia są oczywiście wspólne pasje i zainteresowania, ale mogą to też być jakieś zupełnie proste rzeczy, na przykład polewanie się wodą w ogrodzie w upalny dzień czy wymy­ślanie obiadów na kolejne dni. Razem z dziećmi wymyślmy coś prostego, czego przygotowanie nie zabierze zbyt dużo czasu i jednocześnie będzie zdrowe. Wtedy będą się czuły zaopiekowane, nie będą miały żalu, gdy rodzice zostawią je następnego dnia z opiekunką czy dziadkami i pójdą do kina na film dla dorosłych.

Ważna jest równowaga w rodzinie, balans pomiędzy obowiązkami, czasem dla siebie i czasem spędzanym z dziećmi. Nie mówię, że jest to łatwe, ale można ustalić grafik i wymieniać się obowiąz­kami, na przykład mama we wtorki chodzi na siłownię, więc tata odrabia z dziećmi lekcje, a czwartek jest dniem sportu dla taty, w piątki po pracy idziemy na film dla dzieci, w weekend rodzice mają popołudnie wyłącznie dla siebie. Nawet kilkulatki są w stanie zrozumieć, że każdy ma prawo do wolnego czasu.

AP: Wydaje mi się, że trzeba też być konsekwentnym, bo nie ma nic gorszego niż rodzice okazujący sobie lekceważenie i zaprzeczający sobie nawzajem.

MF: Tak, dzieci powinny być wychowywane wspólnie. Jeżeli rodzice ustalają, że bawić się z kolegami można po odrobie­niu lekcji albo poprawieniu jedynki z polskiego, to żadne z nich nie powinno pozwalać dziecku na zabawę bez wywiązania się z obowiązków. Tu wracamy do wzajemnego szacunku i rozmowy. Nie może być córeczki tatusia, która może wszystko, podczas gdy jej brat jest karany za wszelkie przewinienia, i synka mamusi, który robi, co chce, a matka wszelkimi obowiązkami obarcza córkę. Podział na synka mamusi i córeczkę tatusia wynika z tego, że małżonkowie nie zaspokajają wzajemnie swoich potrzeb: żona nie czuje się doceniana jako kobieta przez męża, więc podświadomie szuka aprobaty w oczach syna, a niedoceniany przez żonę ojciec woli iść na spacer czy do kina z córką niż z żoną.

Dobre relacje między rodzicami są pierwszą lekcją, jaką dostają ich dzieci na temat związków i budowania rodziny. Gdy widzimy, że coś się psuje, jak najszybciej starajmy się to naprawić. Dzieci nie powinny obrywać rykoszetem. Gdy rodzice konkurują ze sobą w pozyskiwaniu ich miłości, wysyłają sygnał, że jedna ze stron musi wygrać, a druga przegrać. Wtedy dzieci, zwłaszcza nastolatki, wykorzystują swoją pozycję u „lepszego” rodzica, ale zrozumienia szukają wśród rówieśników. Ci zaś nie są wcale mądrzejsi od nich. W takiej sytuacji zazwyczaj przegrywają rodzice, gdyż nie pokazali się swoim dzieciom jako osoby mądre i świadome, nie zbudowali autorytetu, który ich opinie postawiłby ponad opiniami rówieśników. Walka między rodzicami jest też przegraną dzieci, którym brakuje mądrego przewodnic­twa i czują się zagubione.

AP: W wielu domach dzieci dostają sprzeczne komunikaty.

MF: Niestety dzieje się to bardzo często nie tylko w domu, ale też w szeroko rozumianym otoczeniu dzieci. Źródłem informacji i wartości jest także dalsza rodzina, która może mieć inne poglądy niż rodzice, a także rówieśnicy, szkoła i system polityczny. Na przykład rodzicom niekatolikom dość ciężko jest nie posyłać dzieci na lekcje religii, gdyż zdecydowana większość uczniów, przynajmniej w szkole podstawowej, bierze w nich udział. Tylko od tego, jak silna jest narracja w domu i czy rodzice są w stanie wyjaśnić dziecku swoje poglądy i wartości, zależy przyjęcie przez nie lub odrzucenie mainstreamowej ideologii.

Niektóre szkoły w dużych miastach są progresywne, nauczyciele nie krytykują uczniów za to, że nie chodzą na lekcje religii, ani za to, że są metroseksualni czy otwarcie homoseksualni, ale poza tymi wyjątkami polska szkoła jest bardzo represyjna. System edukacji, oparty na systemie pruskim z XIX wieku, nie przystaje do czasów, w których dzieci poznają świat i rozmaite idee, wierzenia i style życia dzięki filmom, forom dyskusyjnym i mediom społecznościowym. Rodzice, mimo bardzo ograniczonego czasu, muszą śledzić trendy i oma­wiać je z dziećmi, jeśli nie chcą, by dzieci padły ofiarą prze­konań, które są dla nich złe. I tu znów wracamy do koniecz­ności rozmowy i wspólnego odkrywania, co jest dobre i postępowe, a co jest przesadą i może być niebezpieczne.

AP: Jak zdobyć się na taką otwartość, jeśli do tej pory nie miało się jej niestety w sobie?

MF: Po pierwsze, trzeba zbudować własną samoświadomość, odkryć, co jest dla nas naprawdę ważne, skąd się wzięły nasze poglądy, czy one nam dobrze służą, czy nie ogra­niczają naszego oglądu świata i rozwoju intelektualnego, emocjonalnego i duchowego. Po drugie, powinniśmy odpo­wiedzieć sobie na pytanie, czy chcemy dalej tak myśleć i żyć, czy może nadszedł czas, aby zmienić coś w sobie. Zatem najpierw poznajmy siebie i zacznijmy stopniowo wprowa­dzać zmiany.

Warto taką pracę wykonać, bo tylko świa­domy człowiek wie, co go uszczęśliwia, i tylko szczęśliwy rodzic może wychować szczęśliwe dziecko. Nie możemy dać komuś szczęścia, jeśli sami go w sobie nie mamy. Dzieci wyczuwają emocje rodziców i nie da się przed nimi ukryć, że jest się nieszczęśliwym. Niezadowolenie i frustracja rodziców odbija się na samopoczuciu dzieci, a przecież chcemy, aby one były szczęśliwe. Dlatego wysiłek, jaki włożymy w rozwój siebie, będzie mieć pozytywny wpływ na nasze dzieci.

AP: Zatem z braku samoświadomości i refleksji rodziców, a także z powodu ich zagonienia, często wynika brak porozumienia z dziećmi oraz to, że przedkładają one opinie rówieśników nad opinie, wymagania i rady rodziców.

MF: To jeden z powodów, dla którego rodzice przegry­wają z grupą rówieśniczą, której wpływom dziecko ulega. Do tego dochodzą także hormony, które wyzwalają u nasto­latków naturalny bunt przeciw autorytetom, choć uważam, że przypisuje się im zbyt dużą moc. Łatwo zrzucić winę za nieposłuszeństwo dzieci na burzę hormonalną, bo ona zdejmuje z rodziców odpowiedzialność, ale jest mnóstwo zbuntowanych nastolatków, którzy jednak z rodzicami mają dobre relacje i ich bunt nie rujnuje nikomu życia.

Quote icon
Bunt, który zachęca dzieci do sięgania po używki, ucieczki z domu, karania rodziców cichymi dniami czy wiecznymi awanturami, wynika często z braku miłości i poczucia bezpieczeństwa w domu.

Jest skutkiem nieznośnego braku akceptacji i zrozumienia ze strony rodziców i ta emocjo­nalna dziura zostaje wypełniona towarzystwem i opiniami rówieśników lub dorosłych-drapieżców, którzy znaleźli klucz do dziecka i przekonali np. nastolatki do seksu z nimi albo do wstąpienia do sekty. Tacy pozornie opiekuńczy dorośli dają dzieciom wszystko, czego brakuje im w domu, nie uprzedzając, jakie będą koszty. Dzieci można łatwo oczarować i wtedy ślepo podążają za tymi, którzy wydają im się silni i mądrzy. Jeśli chodzi o rówieśników, to jeden zagubiony nastolatek nie pomoże drugiemu. Będą się starać wzajemnie wspierać, ale nadal będą to tylko zagubione dzieci, po omacku szukające drogi przez życie.

AP: Chodzi zatem o to, by wyraźnie pokazać dzieciom, że dostrzega się ich problemy.

MF: Tak, trzeba im pokazać, że się je widzi, a także ich radości i smutki. Oczywiście nie zawsze rozumiemy, o co chodzi, ale możemy sobie nawzajem objaśniać świat. Jeśli nie pojmujemy motywów kierujących dziećmi, poprośmy je o wyjaśnienie. Dowiedzmy się, czy kieruje nimi chęć zachowywania się tak jak ich rówieśnicy, czy ktoś wywiera na nie nacisk lub stosuje przemoc, czy też ich postępowanie jest wynikiem komplek­sów, których nastolatki mają wiele. Może się okazać, że sami przeszliśmy coś podobnego, będąc w ich wieku, i możemy się podzielić własnym doświadczeniem. Zróbmy to na siedząco, a nie podczas wykonywania prac domowych. W ten sposób przekażemy ważną informację: widzę cię, słyszę cię, chcę cię lepiej poznać, cieszę się, że do mnie przyszedłeś i moja uwaga skupia się na tobie, bo nie tylko cię kocham, ale też lubię z tobą przebywać i rozmawiać.

Taka rozmowa może wpły­nąć terapeutycznie nie tylko na nasze dzieci, ale też na nas, rodziców. A gdy dziecko nie chce rozmawiać, wystarczy je przytulić i posiedzieć z nim chwilę, pomóc mu się wyci­szyć i nabrać chęci do rozmowy w późniejszym terminie. Często nie chodzi o gotowe rozwiązania, tylko o gotowość do pomieszczenia w sobie świata i trudności dziecka. Jeśli ono nie zobaczy w nas przerażenia, to najprawdopodobniej uzna, że w wielu sytuacjach da sobie radę.

AP: Krótko mówiąc, traktujmy dzieci tak, jak sami chcemy być traktowani, i bądźmy dla nich przykładem.

MF: Oczywiście, każdy z nas marzy o tym, aby być trak­towanym z szacunkiem, akceptacją i miłością. Rozmowy z dziećmi czy partnerami nie muszą być zawsze poważne. Czasami można spytać ze śmiechem „kto ci takich głupot nagadał?” albo obrócić nerwową sytuację w żart. Poczucie humoru pozwala pokonać wiele mniejszych problemów. I pamiętajmy, jeśli używamy zwrotów typu „możesz na mnie liczyć”, to gdy dziecko prosi o pomoc, pomóżmy mu. Sami też pytajmy, czy możemy na nie liczyć, na przykład podczas porządków. Jeśli odpo­wie twierdząco, a później będzie się migało od pracy, przypomnijmy grzecznie, że obiecało pomoc i że na nie liczymy. Najważniejsze, aby każda ze stron wywiązywała się ze swoich zobowiązań. Gdy robimy to, co obiecaliśmy, dzieci też są skłonniejsze tak postępować.

AP: Jeśli dziecko się miga od obowiązków, mówiąc, że czegoś nie potrafi...

MF: Można powiedzieć „chodź, pokażę ci, jak to działa” albo „myślę, że masz talent do takich rzeczy, tylko trochę w sie­bie nie wierzysz, może spróbuj w ten sposób” czy „zdradzę ci tajemnicę: ja też kiedyś tego nie umiałem, ale mój tata mi pokazał, jak to się robi, i teraz ja mogę nauczyć ciebie”. Nie pozwólmy dzieciom czekać z założonymi rękoma, aż zrobimy coś za nie, bo nas to zdenerwuje, a im poka­żemy, że jesteśmy niekonsekwentni.

AP: Czasem wydaje się, że dzieci są dla nas stracone.

MF: Mam na terapii rodziny, z których nastolatki ucie­kły, nie odzywały się rok, a nawet dłużej. Rodzice nie poddawali się, szukali z nimi kontaktu, w końcu dzieci zgodziły się na wspólną psychoterapię. Terapia wymaga otwartości od obu stron. Dzieci odkrywają swoje sekrety, pretensje i żale, ale też wielki strach przed odrzuceniem oraz rozmaite lęki. Rodzice muszą być gotowi usłyszeć, że zawiedli, przygotować się na to, że dzieci wyrzucą z siebie potok raniących słów – efektem będzie wiel­kie oczyszczenie wzajemnych relacji. Obserwuję, jak zmienia się dynamika w rodzinach, jak dzieci zaczynają rozumieć postępowanie rodziców.

Czasami wynikało ono z nadmiernej troski, czasami brak zaufania do wła­snych dzieci odzwierciedlał tak naprawdę brak zaufania do siebie i wiązał się z podświadomym przekonaniem, że w określonej sytuacji samemu postąpiłoby się źle. Dzieci orientują się, że rodzice często chcieli dobrze, ale im nie wyszło, bo lepiej nie umieli. Dostrzegają również, że były zbyt wymagające – rodzice też są w końcu tylko ludźmi i mają prawo do błędów, do własnych lęków i nie­pewności. Terapia daje szansę na wzajemne wybaczenie, zrozumienie, odkrycie siebie na nowo i zbudowanie lepszej relacji. Nie wolno nam się poddawać, przecież chcemy, aby nasze dzieci nas kochały i abyśmy mogli miło spędzać z nimi czas. 

Autor publikacji:
Wczytaj więcej
Nasze magazyny