Sposób na niepłodność - dieta paleo-ketogeniczna

Kiedy zaczęłam interesować się medycyną ekologiczną, jedną z moich pierwszych mentorek była dr Honor Anthony. Często powtarzała, że codziennie jesteśmy świadkami cudów. O swoich doświadczeniach opowiada dr Sarah Myhill.

Artykuł na: 9-16 minut

Historię Michelle i Petera powinny poznać zwłaszcza te osoby, które wciąż nie dowierzają, że dieta paleo-ke­togeniczna to najlepszy wybór dla każdej kobiety, która planuje ciążę.

Metale ciężkie i niepłodność

Agnes i Jim zgłosili się do mnie na konsultację w grudniu 2008 roku. Od dłuższego czasu pragnęli założyć rodzinę, ale liczne próby kończyły się trudnościami z zapłod­nieniem lub poronieniami na wcze­snym etapie ciąży. Zaproponowano im metodę in vitro, przewidującą połączenie w warunkach laborato­ryjnych komórki jajowej z plem­nikiem, a następnie przeniesienie zarodka do do jamy macicy. Agnes i Jim odmówili. Rozumiałam ich decyzję. Proponowane rozwiązanie było nielogiczne. Agnes i Jim radzili sobie z doprowadzeniem do zapłod­nienia, a zapłodnione jajo (zygota) docierało do macicy – problemem było wyłącznie utrzymanie ciąży.

Punktem wyjścia każdej terapii powinno być wprowadzenie diety paleo-ketogenicznej i rozpoczę­cie przyjmowania podstawowego zestawu suplementów. Jeszcze nigdy nie spotkałam się z prawidłowym wynikami poziomu mikroelemen­tów w przypadku osób lekceważą­cych te dwa zalecenia i pozostają­cych na diecie zachodniej. Zalecane suplementy to porządny preparat multiwitaminowy i minerałowy, podstawowe kwasy tłuszczowe oraz dodatkowo witaminy C i D.

Słuchając historii Agnes, od razu zrozumiałam, co może być źródłem problemu. Kobieta pracowała przy konserwacji witraży, miała zatem nieustanny kontakt ze szkodliwymi metalami, które stosowano do barwienia szkła. Była permanentnie narażona na odziaływanie kadmu, kobaltu, niklu, antymonu i wielu innych toksycznych materiałów. Substancje te łatwo wchłaniają się drogą wziewną lub pokarmową. Ich szkodliwe działanie zwiększa się w przypadku niedoboru mikro­elementów, ponieważ organizm działa w ten sposób, że jeśli brakuje mu jakiegoś mikroelementu, na przykład cynku, to wykorzy­stuje zamiast niego cokolwiek, co „wygląda” jak cynk. Może to być ołów, kadm, rtęć lub jeszcze coś innego.

Dodam na marginesie, że lektura historii Agnes skłoniła Craiga Robinsona, mojego przyja­ciela i redaktora moich książek, do myślenia. Jego dziadek był weteranem bitwy pod Ypres i z perspektywy czasu można przypuszczać, że cierpiał na zespół stresu pourazowego (PTSD). Po zakończeniu I wojny światowej podjął pracę w firmie garbarskiej; używał kadmu (i innych toksycznych pierwiastków, takich jak nikiel, ołów, rtęć i arsen) jako środka do garbowa­nia. Jakiś czas po podjęciu tej pracy Eddie zaczął cierpieć na utrzymujące się do końca jego życia bóle stawów i kości, a kiedy raz wspomniał o tym lekarzowi, usłyszał w odpowiedzi, że ma to zapewne coś wspólnego z „wojną”. Odtąd Eddie po prostu żył z tymi dolegliwościami. Być może cierpiał na jakąś odmianę choroby itai-itai („to boli-to boli”). Nazwę tę nadano pierwotnie zjawisku maso­wego zatrucia kadmem w prowincji Toyama w Japonii około 1912 roku, którego konsekwencją były takie objawy jak bóle stawów i kości.

Obciążenie toksynami a niepłodność

Toksyczne substancje integrują się z systemami enzymatycznymi organizmu, co grozi biochemiczną katastrofą. W przypadku Agnes nie było wątpliwości, że należy zbadać, jak bardzo jej ciało zostało obciążone toksynami. Najłatwiejsza i najmniej kosztowna byłaby analiza pierwiast­kowa włosa, ale badanie to nie jest wystarczająco wiarygodne. Przy odrobinie szczęścia wykrywa toksyny, ale często zdarza się, że daje fałszywe wyniki negatywne.

Obecnie za najsku­teczniejszą metodę uważam badanie moczu po zażyciu środka chelatują­cego, czyli DMSA  To pro­ste: opróżnij pęcherz, zażyj DMSA w dawce 15 mg na kilogram masy ciała. Przez następne sześć godzin zbieraj cały oddawany mocz, zmierz całkowitą objętość, próbkę wyślij do laboratorium. Test można zakupić na stronie Natural Health Worldwide: www.naturalhealthworldwide.com (w Polsce laboratoria diagnostyczne oferują m.in. możliwość zbadania moczu pod kątem stężenia występują­cych w nim takich toksycznych metali, jak kadm, miedź, chrom, nikiel i arsen)

Jak wszyscy wiemy, DNA powinno być nieskazitelne, nic nie powinno się do niego przyłączać. Nikiel, którego wykryto szczególnie dużo, przywierał do genu odpowiedzialnego za wytwa­rzanie enzymu określanego jako ligaza DNA. Enzym ten jest konieczny do naprawy DNA i może mieć bezpo­średni wpływ na płodność i jakość komórek jajowych. Znaleźliśmy zatem prawdopodobne biologiczne wyjaśnie­nie niepłodności u Agnes. Priorytetem było pozbycie się tych toksyn. Przede wszystkim, aby zapobiec dalszemu narażaniu jej na kontakt z toksycznymi substancjami, konieczna była zmiana pracy. Następ­nie, aby ułatwić organizmowi uwol­nienie się od tych substancji, zastoso­waliśmy cztery zabiegi.

Były to:

  • terapia chelatacyjna DMSA w for­mie doustnej – zalecam dawkę 15 mg/kg masy ciała raz w tygodniu. Z uwagi na to, że DMSA chelatuje również niektóre potrzebne organi­zmowi substancje mineralne, przez pozostałe sześć dni tygodnia należy „ratować się” porządnym suplemen­tem multimineralnym;
  • przyjmowanie dodatkowych dawek cynku (30 mg), selenu (500 mcg) i magnezu (300 mg), by wyprzeć toksyczne minerały z miejsc ich wiązania. Do tego doszedł glutation (250 mg dwa razy dziennie), który „wychwytuje” wyparte toksyczne minerały, dzięki czemu mogą zostać wydalone z organizmu;
  • przyjmowanie witaminy C (5 g dziennie), zwiększającej wyda­lanie metali ciężkich z organizmu;
  • przyjmowanie jodu w postaci Iodoralu (14,5 mg dziennie), który także wspomaga wydalanie metali ciężkich.

Sześć miesięcy później powtórzyliśmy analizę adduktów DNA i okazało się, że jedynym metalem ciężkim, który pozostał w organizmie Agnes, był nikiel, ale i jego poziom znacznie się obniżył, z 16 ng/ml do 7 ng/ml. Wszystko szło zgodnie z planem i we właściwym kierunku. Co ważne, rów­nież Jim, partner Agnes, zaczął stoso­wać dietę paleo-ketogeniczną i przyj­mować suplementy. Liczba plemników wzrosła u niego z 37 do 75 milionów na mililitr nasienia.

Bardzo ważne było to, aby Agnes nie poczęła dziecka w czasie, gdy oczyszczała organizm, ponieważ narażałoby to jej maleństwo na kontakt z toksynami. Uznałam, że wystarczy sześć dodatkowych mie­sięcy detoksykacji, by miała później zielone światło...

Po dwóch latach na świat przyszedł cudowny chłopczyk. Ciąża przebiegła bez komplikacji, waga urodzeniowa Bena wynosiła 3,8 kg i cieszył się on świetnym zdrowiem. Agnes miała wtedy 46 lat. Dzielna dziewczyna.

Dieta paleo-ketogeniczna a rozwój niemowlaka

Zajmowanie się medycyną ekolo­giczną jest pasjonujące. To moja praca, ale jednocześnie także hobby. Nie przestaję o niej mówić, dzięki czemu wielu z moich przyjaciół i bliskich decyduje się na stosowanie opraco­wanych przeze mnie metod. Michelle jest jedną z tych osób. Wraz z mężem, Peterem Wilsonem, strzelcem sporto­wym i złotym medalistą Igrzysk Olim­pijskich w Londynie w 2012 roku, zamieszkali blisko mnie po przepro­wadzce z Dorset. Wybrali tę okolicę, ponieważ tutaj Peter mógł trenować na najlepszej strzelnicy, Griffin Lloyd.

Michelle i Peter szybko zostali moimi bliskimi przyjaciółmi. Ich córeczka urodziła się w sierpniu 2018 roku. Przez cały okres ciąży i karmienia Michelle stosowała się bezwzględ­nie do wszystkich zasad Groundhog Basic, nie pozwalając sobie na żadne odstępstwa, nawet te niewielkie, które zdarzają się nawet mnie. Tak więc odżywiała się zgodnie z zaleceniami diety paleo-ketogenicznej i przyjmo­wała suplementy, a robiła to wszystko jak należy. Rezultat? Ciąża i poród przebiegły bezproblemowo. Stoso­wanie diety PK pozwoliło zachować prawidłowe stężenie cukru we krwi, dzięki czemu nie wzrastał poziom insuliny i adrenaliny. Michelle nie przybrała nadmiernie na wadze, ciśnienie krwi miała idealne, nie pojawiły się rozstępy ani obrzęk, a jej córeczka, Bobs, urodziła się bez naj­mniejszych komplikacji.

Michelle karmiła Bobs piersią i nadal przestrzegała diety paleo-ketoge­nicznej. A ponieważ mleko matki jest niczym innym jak przefiltrowaną krwią, miało ono niską zawartość cukru, nie było w nim ani przeciwciał z nabiału, ani toksycznych lektyn z ziaren. Nie powodowało skoków adrenaliny, bo występują one tylko przy zmiennym poziomie cukru we krwi. Rzecz jasna mleko Michelle było bogate w mikroelementy, prze­ciwciała i witaminę C. Jak wpły­wało to na naszą Bobs? Tak, można powiedzieć, że mała jest dla mnie jak przybrana wnuczka.

Dieta paleo-ketogeniczna
Dieta paleo-ketogeniczna łączy dwa podejścia. Jest paleo, ponieważ nie zawiera zbóż i produktów mlecznych oraz ketogeniczna, bo ma niską zawartość węglowodanów, cukru, cukru owocowego, zbóż i warzyw korzeniowyc

Otóż zarówno Bobs, jak i Michelle nie miały problemów ze snem. Mleko Michelle charakteryzowała duża zawartość tłuszczu, więc idealnie zasilało organizm Bobs. Tłuszcz to najlepsze paliwo dla mózgu (u niemowląt 40% pozy­skiwanej energii jest przeznaczane na jego rozwój). Ponadto poziom cukru we krwi był u Bobs stabilny, dzięki czemu nie występowały u niej nagłe skoki adrenaliny, które są najczęstszą przyczyną zaburzeń snu zarówno u dorosłych, jak i niemow­ląt. W czwartym tygodniu życia Bobs regularnie przesypiała jede­naście godzin w nocy! Gdy miała 9 miesięcy, przesypia trzynaście godzin w nocy i dodatkowe cztery w ciągu dnia.

Dzięki temu, że mleko Michelle miało małą zawartość cukru, u Bobs nie wystąpił problem fermentacji jelito­wej. Mleko nigdy jej się nie odbijało ani nie ulewało. Wymiotowała tylko raz, po odstawieniu od piersi, gdy zjadła za dużo wątróbki, awokado i mleka kokosowego, które uwielbia. A ponieważ drobnoustroje nie mogą przetrwać w środowisku, w któ­rym brakuje cukru, u Bobs nigdy nie wystąpiły pleśniawki. W wieku czterech miesięcy rozchorowała się, czuła się źle i gorączkowała przez 24 godziny, ale już kolejnego dnia była zdrowa, uśmiechnięta i kontaktowa, jak zawsze. Gdy miała 8 miesięcy, z jednej strony tułowia pojawiła się niewielka wysypka, najprawdopo­dobniej ospa wietrzna (taką mam nadzieję!). Po zastosowaniu olejku jodowego objawy skórne szybko ustą­piły. Tym razem nie zaobserwowali­śmy u Bobs jakichkolwiek sympto­mów złego samopoczucia.

Z ewolucyjnego punktu widzenia tak właśnie powinno to wyglądać. Wycieńczona fizycznie matka z krzyczącym dzieckiem, któremu z przewodu pokarmowego ulewa się jego cuchnąca zawartość, to jak zaproszenie dla wszyst­kich okolicznych drapieżników: „Chodź, zjedz mnie”.

Położne, pielęgniarki, rodzina i przy­jaciele nieustannie gratulują Michelle tak udanego dziecka. Położne martwił fakt, że Bobs nie przybierała na wadze tak szybko, jak powinna, i zaleciły Michelle wybudzanie jej ze snu dwa razy w nocy, na dodat­kowe karmienie. My wyszłyśmy jed­nak z założenia, że jeśli Bobs byłaby głodna, dałaby nam znać. Dlatego Michelle pozwoliła jej spać spokojnie. Niedługo później rozszerzyłyśmy dietę Bobs o krem kokosowy, awo­kado, wątróbkę, fioletowe kiełkujące brokuły i siemię lniane. Bobs jest teraz śliczną dziewczynką, która nadal przesypia bez wybudzania się trzynaście godzin!

Autor publikacji:
Wczytaj więcej
Nasze magazyny