Bunt to moje drugie imię - wywiad z Sonią Bohosiewicz, aktorką, mamą, kobietą, która się nie poddaje.

Na drugie imię mogłabym mieć "bunt". Nie mam natury stricte rewolucyjnej, ale gdy komuś dzieje się krzywda albo zaczyna dominować głupota, buntuję się. 

Artykuł na: 23-28 minut
Zdrowe zakupy

Agnieszka Podolecka: Pani Soniu, przeczytałam kilka wywiadów z panią i odniosłam wrażenie, że jest pani osobą niepokorną.

Sonia Bohosiewicz: Faktycznie, na drugie imię mogłabym mieć "bunt". Nie mam natury stricte rewolucyjnej, ale gdy komuś dzieje się krzywda albo zaczyna dominować głupota, buntuję się.

Jest we mnie ogromna niezgoda na niesprawiedliwość. Gdy ją dostrzegam, zaczynają buzować we mnie emocje, tętno mi rośnie i nikt nie może mnie zatrzymać.

Nawet gdy wiem, że mój bunt może mi zaszkodzić, nie umiem politykować, nie bawię się w dyplomację, tylko działam natychmiast. Zawsze taka byłam.

Pamiętam, że gdy miałam dziewięć lat, pojechałam na pierwsze w życiu kolonie. To był straszny stres, zupełnie nowa sytuacja, oddzielenie od rodziców, spanie poza domem, ogromna tęsknota.

I już pierwszego dnia podczas przydzielania pokoi zobaczyłam zapłakaną dziewczynkę. O co chodziło? Pięć innych dziewczynek powiedziało, że nie chcą z nią spać w pokoju, nie chcą, aby z nimi mieszkała – i to zupełnie jej nie znając.

Ja też jej nie znałam, ale poczułam jej odrzucenie i rozpacz, więc zaproponowałam, aby zamieszkała ze mną. Oczywiście w moim pokoju nie było już wolnych łóżek, ale opiekunka zgodziła się, abyśmy spały w jednym. Zaprzyjaźniłyśmy się od razu.

AP: W dorosłym życiu pani bunt ma wymiar artystyczny, polityczny, społeczny. Irytuje panią fakt, że kobiety w Polsce są traktowane zazwyczaj gorzej niż mężczyźni, że polityką rządzą mężczyźni, a aktorzy zarabiają znacznie więcej niż aktorki grające równie ważne role w tym samym filmie...

SB: Niestety kobiety nadal są obywatelami kategorii B. A przecież wszyscy jesteśmy ludźmi i wszyscy powinniśmy być traktowani równo, dostawać wynagrodzenie uzależnione od wykonanej pracy, a nie płci czy koloru skóry. Każdy powinien to głęboko czuć i nie kwestionować.

Przez tysiące lat światem rządzili mężczyźni, trzeba coś zrobić, by zmienić bieg tej rzeki męskiej dominacji. I tu pomocne są parytety. Oczywiście parytet to sztuczny twór, ale potrzebny.

Gdy tylko ta rzeka zmieni koryto, żadne wyznaczniki dotyczące wysokości płac i stanowisk nie będą potrzebne. Cieszy mnie więc, że parytety się pojawiają. A gdy ta zmiana nastąpi, będzie normalnie.

AP: Nie wiem, czy to panią pocieszy, ale na okładkach magazynów dla kobiet są wyłącznie zdjęcia kobiet, nawet jeśli w środku jest wywiad z ciekawym mężczyzną.

SB: To jest biznes. Jeśli magazyn ma trafić do czytelniczek, a z badań wynika, że one chętniej kupują pisma, gdy na okładce jest zdjęcie kobiety, to trudno się dziwić, że wydawca dokonuje takiego wyboru.

To tak, jakby się denerwować, że na okładce "Playboya" nie ma rozebranego mężczyzny. Okładki nie potrzebują parytetów.

AP: Dlaczego w branży filmowej mężczyźni zarabiają więcej? Czy fakt, że w filmie główną rolę gra mężczyzna, sprawia, że film jest chętniej oglądany? Na plakatach i tak są piękne kobiety.

SB: Na plakatach są seksowne kobiety, żeby film się sprzedał. Niestety kobiety są ciągle seksualizowane. W prawie każdej reklamie występują ponętne dziewczyny.

Lecz mimo pięknej kobiety na plakacie okazuje się, że w filmie świat jest opisywany wyłącznie z pozycji mężczyzny.

Kobiety w filmach są żonami, kochankami, matkami, bardzo rzadko głównymi bohaterkami. A przecież kobiety mają tak wiele do powiedzenia, warto spojrzeć na świat z ich perspektywy.

Na szczęście powstają już filmy o kobietach, ale ciągle jest ich zdecydowanie za mało. Większość z nich robią zresztą same kobiety.

Dwa lata temu podczas festiwalu w Gdyni odbył się Kongres Kobiet Filmu. Wzięłam w nim udział i ku mojemu zdziwieniu zobaczyłam, że nie przyszedł żaden mężczyzna, chociaż wielu zostało zaproszonych.

O przepraszam! Był jeden – pan z Polskiego Instytutu Filmowego, ale on został do tego zobligowany.

Wysunięto postulat, aby scenariusze dofinansowane przez państwo spełniały trzy zasady: pierwsza – przynajmniej jedna z głównych postaci ma być kobietą, druga – w filmie ma być choć jedna scena, w której rozmawiają ze sobą dwie kobiety, trzecia – tematem ich rozmowy nie może być mężczyzna. No i niestety nie udało się tego osiągnąć.

AP: Aż ciężko uwierzyć...

SB: Nie, to nie jest zaskakujące, przecież żaden mężczyzna nie przyszedł nawet na nasz kongres. Ale ja się temu nie dziwię.

Sytuację można porównać do ławki w parku, na której siedzi wygodnie rozparty mężczyzna, a dla kobiety został tylko skrawek. I on wie o tym, że gdyby ona miała usiąść wygodnie, on musiałby się przesunąć. Ta ławka nie zrobi się dłuższa.

I ja rozumiem, że nawet w imię sprawiedliwości trudno zrezygnować z pieniędzy, pozycji i przywilejów, które ma się od lat.

Gdy kilka miesięcy temu udzieliłam wywiadu na temat nierówności płac, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu rozpętała się burza.

Na planie podszedł do mnie kolega, lubiany aktor, i zapytał mnie bardzo przemyślnie i dowcipnie: "Soniu, podobno za mało zarabiasz. To ile mam ci dopłacić?".

Zagranie genialne: w jednej chwili ja stałam się zrzędzącą wiedźmą, a on dobrym wujkiem, który oferuje pomoc.

Ale to się zmienia, choć powoli. Za wielką wodą, w pewnym amerykański filmie główne role grało trzech mężczyzn i jedna kobieta.

Wszystkie role były równoważne, ale aktorka dostała mniejszą gażę. Aktorzy mężczyźni zaproponowali, aby zsumować wszystkie cztery honoraria i podzielić na cztery równe części.

AP: Pani koncert "10 sekretów Marilyn Monroe" jest chyba też wyrazem buntu. Nawet te utwory, które wydają się lekkie, wesołe, w pani wykonaniu są nostalgiczne, często wręcz smutne. Skąd pomysł na taką płytę?

SB: Od dziecka wiedziałam, że chcę wychodzić na scenę, ale czy ma to być słowo i emocja wypowiedziana, czy wyśpiewana, nie umiałam się zdecydować.

Dostałam się do szkoły teatralnej w Krakowie, więc w konsekwencji mój talent aktorski był częściej wykorzystywany, co nie znaczy, że nie śpiewałam.

Brałam udział w wielu koncertach, m.in. w koncercie piosenek Agnieszki Osieckiej w Opolu i w koncercie poświęconym twórczości Ewy Demarczyk, śpiewałam na niejednej płycie. Ale przygodę z jazzem rozpoczęłam wraz z filmem "Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy", w którym Janusz Majewski obsadził mnie w roli piosenkarki jazzowej.

Mój filmowy brat Fabian (zagrał go Maciej Stuhr), trębacz jazzowy, wraca tuż po wojnie z Anglii do Ciechocinka i stara się stworzyć profesjonalny swingujący big-band, złożony z ciechocińskich muzyków.

Prosi swoją siostrę, która przed wojną była piosenkarką jazzową, a po wojnie została stomatologiem, aby znowu wyszła na estradę i śpiewała.

Choć muzyka jazzowa zawsze była bliska mojemu sercu, nigdy przedtem jej nie wykonywałam. Przygotowuję się do każdego projektu, zatem i tym razem pobiegłam do mojej coacherki wokalnej Agnieszki Hekiert (wyśmienitej wokalistki jazzowej).

Pierwsza lekcja rozpoczęła się od przesłuchania utworów, do których linki wysłał mi Janusz Majewski i które miałam wykonywać w filmie.

Słuchałyśmy ich w ciszy, po czym Agnieszka zapytała, ile mamy czasu. Ja na to "cztery miesiące", a ona "to bierzmy się do pracy".

Te cztery miesiące pokazały mi, dlaczego jazz nazywa się muzyką wolności. Poczułam, że rosną mi skrzydła.

Kiedy weszłam do studia, by nagrać moje utwory, opiekun muzyczny filmu, Wojciech Karolak, powiedział: "Sońka, ale ty śpiewasz!".

I od tego momentu marzyłam o tym, aby mieć własny koncert z repertuarem jazzowym i aby częściej spotykać Wojtka Karolaka.

Na bankiecie po premierze filmu spytałam reżysera, dlaczego postawił mi tak wysoko poprzeczkę, wysyłając linki z wykonaniami Elli Fitzgerald.

Był zaskoczony i odpowiedział: "Bo jako pierwsze wyświetliły się na TouTubie". Przypadkowo wysłał najtrudniejsze wykonania tych utworów.

Sonia Bohosiewicz z muzykami i menadżerką

AP: Jak jazz doprowadził panią do Marilyn Monroe?

SB: Gdy zapragnęłam mieć koncert z repertuarem jazzowym, zaczęłam szukać tematu, z którym mogłabym wyjść na scenę.

Długo nad tym myślałam i prawie jak w anegdocie o Mendelejewie, który latami pracował nad usystematyzowaniem pierwiastków i któremu pewnej nocy przyśniła się uporządkowana tablica, mnie przyśniła się Marilyn Monroe. I wtedy wszystko stało się jasne.

W jej osobie znalazłam pomost: śpiewająca aktorka, blondynka, często komediowa, a do tego żyjąca w czasach tryumfu jazzu. Marilyn była bardzo inteligentna, ale kobiety w Hollywood miały wtedy jedynie uosabiać pragnienia mężczyzn.

Obejrzałam ponownie wszystkie filmy, w których grała, przeczytałam wszystkie książki i artykuły, jakie były dostępne na jej temat, i zobaczyłam, że za tymi półprzymkniętymi powiekami z idealną kreską i ustami wymalowanymi ośmioma odcieniami czerwonej szminki, aby były jeszcze bardziej ponętne, ukrywa się kobieta wrażliwa, zraniona, nieszczęśliwa, ale niepoddająca się.

Fenomen Marilyn Monroe jest nieprzemijający, a przecież w swoich czasach wcale nie była najjaśniejszą i najbardziej poważaną gwiazdą.

Jestem jednak skłonna założyć się, że gdybyśmy dzisiaj spytali przypadkowego nastolatka na ulicy o Elizabeth Tylor czy Marlenę Dietrich, nie wiedziałby, kim one były, ale na 100% wiedziałby, kim była Marilyn Monroe.

Ja ani przez chwile nie udaję Marilyn, nie wcielam się w nią, tylko ze swojej perspektywy podczas koncertu opowiadam o jej wrażliwości, samotności, rozczarowaniu mężczyznami i światem, ale także o jej ogromnej sile.

AP: Czy w pani też jest taki głęboki smutek?

SB: Z natury jestem optymistką, chodzę po "słonecznej stronie ulicy", chociaż... gdzieś w głębi jednak odczuwam pewien smutek.

AP: Z czego on wynika?

SB: Hm... Kiedyś mój syn, wtedy zaledwie trzylatek, obudził się koło mnie i nagle zaczął płakać. Myślałam, że to zły sen, i spytałam, co się stało, a on odpowiedział zaskakująco: "zdałem sobie właśnie sprawę, że kiedyś umrę".

Myślę, że jest we mnie ten egzystencjalny lęk, że kiedyś mnie nie będzie. Nieuniknioność końca mnie smuci.

AP: Boi się pani śmierci czy umierania?

SB: Nie boję się ani śmierci, ani tego, co będzie po niej, bo nawet nie wiem, czy po śmierci cokolwiek jest. Mnie jest tylko potwornie smutno, że śmierć jest nieunikniona, że musi się wydarzyć.

Kiedyś koleżanka opowiadała mi, że gdy jej 90-letnia mama umierała, ona, siedząc przy jej łóżku, próbowała ją pocieszyć, mówiąc: "mamo, przyjdą po ciebie rodzice, twoje siostry i przyjaciółki, które odeszły wcześniej".

I ta mama wtedy powiedziała: "wiesz co, nie wydaje mi się, ale jeżeliby przyszli, to byłoby bardzo miło z ich strony".

AP: Co jest dla pani najważniejsze w życiu?

SB: To jest pytanie, które dziennikarze zadawali mi często w ciągu całej mojej kariery, każdy chciał się tego dowiedzieć. Jednak dopiero teraz czuję, że moje wcześniejsze odpowiedzi były zgodne z ich oczekiwaniami.

Teraz też cisną mi się na usta takie słowa, jak rodzina, bliskość, miłość, sztuka, ale dzisiaj, w tych dziwnych czasach, zaskakująco dla siebie powiedziałabym, że oprócz tego najważniejsza dla siebie jestem także ja.

Przez wiele, wiele lat miałam tyle zajęć, pracy, obowiązków, byłam mamą, żoną, aktorką. Teraz nagle, w pandemii, dostałam dużo czasu tylko dla siebie i o dziwo nie wiedziałam, co mam z nim zrobić. Uczę się być sama ze sobą i odpoczywać.

AP: Jak odnajduje się pani w polskiej rzeczywistości, przy obecnych rządach i istniejącej nierówności?

SB: Smuci mnie to, co się dzieje w Polsce. Kilka miesięcy temu wyjechałam na Teneryfę, odcięłam się od wiadomości z Polski, nie czytałam gazet.

Poczułam się wolna, dużo szczęśliwsza. Moje ciało się zrelaksowało, zaczęłam znów dobrze spać, wróciła mi energia życiowa i poczucie spokoju.

Na pewno pomogła też natura, ocean i piasek pod stopami. Mogłam odetchnąć pełną piersią, zarówno dosłownie, jak i metaforycznie.

Ale to odprężenie nie wynikało z faktu, że byłam na urlopie, ono wynikało z tego, że odcięłam się od panującej w Polsce atmosfery.

Wróciłam do kraju i od razu poczułam się znowu źle. Nie mogę uwierzyć, że w sytuacji tak trudnej jak pandemia Polacy poddani są tak perfidnej manipulacji.

Czy to na pewno odpowiedni czas, aby dyskutować o aborcji? Dla mnie jest to absolutnie czytelne: dziel i rządź, jak mówił Machiavelli.

 Nie umiem przewidzieć, jaka będzie przyszłość i to oczywiście zaburza moje poczucie bezpieczeństwa

AP: Czy w ciągu ostatniego roku coś zmieniło się w pani życiu na plus?

SB: W ostatnim roku odebrano mi mój świat, jednak staram się podejmować rękawicę, szukać pozytywów. Tak naprawdę to ja nie mam sumienia narzekać.

Nakręciliśmy dwa sezony "Usta usta" w reżimie covidowym, udało nam się zrealizować film "Chłopi" w reżyserii Doroty Kobieli.

Wszystkie sceny aktorskie zostały zagrane, a teraz 300 malarzy maluje kadr po kadrze w stylu Chełmońskiego. Jestem przekonana, że to będzie przepiękny film.

Udało mi się także dokończyć film "Inni ludzie", na podstawie prozy Doroty Masłowskiej i w reżyserii Aleksandry Terpińskiej.

Niemniej jednak nie wiem, co będzie dalej. Mój zawód to moje powołanie i pasja. Nie umiem przewidzieć, jaka będzie przyszłość i to oczywiście zaburza moje poczucie bezpieczeństwa.

Podziwiam osoby, które wykorzystały czas pandemii na rozwój duchowy, nauczyły się głębokiej medytacji i jogi. Kompletnie nie mieści mi się w głowie, jak tego dokonały.

Od samego początku, od pierwszego lockdownu starałam się medytować, ćwiczyć jogę, próbowałam wszystkiego, co mogło mi dać ukojenie.

Jedyne, czego udało mi się dokonać, to chwilowe muśnięcia spokoju, jak ślady na wodzie po puszczonych kaczkach. Ten spokój odbijał się ode mnie, nigdy nie wpadł w głębię jeziora.

AP: A płytę z piosenkami Marilyn nagrała pani w czasie pandemii?

SB: Nie, wcześniej, tylko czekaliśmy z wypuszczeniem jej na rynek. Chciałam koncertować, spotkać się z publicznością, wymienić energią.

Niestety końca pandemii nie widać, więc czekanie dłużej nie miało sensu. Trzeba zacząć w końcu normalnie żyć, na tyle, na ile pozwalają warunki.

Mam nadzieję, że te piosenki będą cieszyć słuchaczy długi czas. Chciałabym, aby ludzie wzięli tę płytę do samochodu i aby dzięki niej poczuli się lepiej, by wyzwoliła w nich emocje, które powstrzymają ich od krzyczenia na siebie na skrzyżowaniach.

Koncert 10 sekretów Marilyn Monroe

AP: Jest pani mamą. Musiała pani męczyć się ze zdalną edukacją, czy szkoła się spisała i dzieci nie potrzebowały pomocy?

SB: Bardzo szybko zorientowałam się, że ten cały on-line bardziej moich synów męczy, niż uczy. Miałam wrażenie, że chyba będę musiała przywiązać ich sznurkiem do krzeseł, aby wysiedzieli w jednym miejscu.

Ciągle szukali alibi, aby się oddalić, aby zjeść, napić się, pójść do toalety. Kiedy spoglądałam na ekran przez ramię, bardzo mi się nie podobało, w jaki sposób i czego uczy się dzieci. Nawet czytają te same lektury co my trzydzieści lat temu!

Od dawna zdawałam sobie sprawę z potrzeby rewolucji systemu edukacji w Polsce, konieczności przejścia ze starego, pruskiego na odpowiadający potrzebom naszych czasu.

Wiele krajów ma już to za sobą, np. cała Skandynawia. Pomyślałam nawet, że czas pandemii daje nadzieję na zmiany w systemie edukacji, ale szybko zorientowałam się, że żadnych zmian na lepsze nie będzie.

Poziom wręcz się obniżył, co więcej, zobaczyłam, że nauczyciele gonią z materiałem, a dzieci nie dostają wsparcia.

Najważniejsze było przerobienie materiału, a nie wspieranie dzieci, motywowanie ich, walczenie z poczuciem izolacji.

Postanowiłam zabrać dzieci sprzed ekranów i realizować MEN-owską podstawę programową poza szkołą, dzięki czemu mają też czas dla siebie, na swój osobisty rozwój, naukę gry na gitarze, lekcje śpiewu i bieganie na dworze.

AP: Czyli jednak coś dobrego wynikło z pandemii, a raczej z czasu, jaki pani otrzymała. Pani dzieci wyrosną na świadomych siebie ludzi, ciekawych świata i innych kultur.

SB: Mam taką nadzieję. Wydaje mi się, że zawsze miałam dobry kontakt z dziećmi, ale teraz jest on jeszcze intensywniejszy.

Zresztą ten czas wymaga tego. Wszystkich namawiam, aby zwrócili oczy na swoje dzieci.

Nam może się wydawać, że niewiele się u dzieci zmieniło, niektóre nawet deklarują, że nauka on-line jest fajniejsza niż chodzenie do szkoły, ale tak naprawdę ta pandemia odebrała im możliwość spotykania się, budowania społeczności, interakcji.

Przecież właśnie w wieku szkolnym powinni zakochać się w dziewczynie ze szkoły, patrzeć na nią ukradkiem na korytarzu, mieć tajemnice z przyjacielem.

Do tego dochodzi lęk o zdrowie i życie najbliższych, z każdej strony jesteśmy bombardowani informacjami o liczbie zgonów.

My, dorośli, potrafimy oddzielić reporterską emfazę od tych liczb, ale dzieci słyszą emocjonalny przekaz. Psychologowie już mówią, że z dzieci pandemii wyrośnie bardzo dziwne pokolenie dorosłych. Dlatego namawiam: spędzajcie czas ze swoimi dziećmi, tulcie je, rozmawiajcie z nimi.

AP: Wspominała pani, że lubi przebywać na łonie natury. Ma pani ogród?

SB: Raczej taras, na którym mamy kilkanaście roślin. Raz do roku, na wiosnę, przychodzi do nas pani ogrodniczka.

Wiosną ubiegłego, w czasie pierwszej fali pandemii, opowiedziała mi o swoim mężu i o tym, że pisze on książkę. Książkę o szamanach.

Co więcej, była z nim na wielu wyprawach podczas zbierania materiałów do tej książki. Opowiedziała mi, że szamani to niezwykli ludzie, są uzdrowicielami i mają kontakt ze światem duchowym, umieją się porozumiewać z duchami przodków.

Ich uzdrawianie jest oparte na holistycznej zasadzie harmonii pomiędzy ciałem, duszą i umysłem.

Bardzo mnie to zainteresowało i proszę – wszechświat stawia na mojej drodze ludzi, którzy interesują się szamanizmem, między innymi panią.

AP: Szamanizm jest ewenementem ogólnoświatowym, niestety w Europie tę kulturę wytępiła skutecznie święta inkwizycja. Wie pani, że aby być szamanem lub szamanką, trzeba zostać powołanym przez duchy przodków? Nie można tak po prostu chcieć stać się szamanem.

SB: No właśnie już wiem. Jacek Hugo-Bader wydał ostatnio książkę "Choroba szamańska" (to właśnie ten mąż pani ogrodniczki).

Opowiada o jego podróżach do szamanów, współpracy z nimi, o tym, jak szamani mogą pomóc "zwykłym" śmiertelnikom.

Myślę, że gdy szukamy odpowiedzi, gdy coś nas pasjonuje, to energia wokół nas się zmienia, przyciągamy ludzi i zdarzenia, które mogą nam pomóc w rozwijaniu się.

Być może pięć lat temu ktoś mi mówił o szamanach, ale wtedy nie interesował mnie ten temat i puściłam informacje mimo uszu.

Teraz, gdy słyszę słowo szaman, od razu podskakuję. I tak było, gdy pani powiedziała mi, że studiuje kultury szamańskie.

Muszę się nawet przyznać, że spotkałam się z szamanką Klarą, którą mi pani poleciła. Zaskoczyło mnie, że jest tak młoda.

Myśląc "szamanka", wyobrażałam sobie starą, posępną kobietę. Tymczasem Klara jest młodą, energetyczną, uśmiechniętą osobą.

Może szamanizm wyleczy mnie z mojego głębokiego smutku i przekonania, że po śmierci nic nie ma? Skoro szamani mają kontakt ze światem duchowym, to może jednak jest szansa na to, że nie zniknę...

AP: Czy ma pani jakieś nowe marzenia?

SB: Pandemia postawiła mnie w nowej sytuacji. Postawiła przede mną nowe wyzwania. Musiałam wyjść ze swojej strefy komfortu. Muszę zacząć przekonstruowywać swoje życie.

Już w liceum wiedziałam, że chcę być aktorką i udało mi się nią zostać. Minęło już 25 lat, odkąd uprawiam ten zawód. I przez te 25 lat nigdy nie chciałam robić nic innego, a teraz szukam nowej ścieżki w życiu, nowej roli dla siebie.

Nie jest to łatwe, czasami budzę się w nocy i bardzo się boję. Jest mi żal, że nie może być tak, jak było, ale powoli godzę się z tym, akceptuję zmianę, budzi się we mnie nowa energia, nowa kreatywność, i mam przeczucie, że jestem już bardzo blisko znalezienia nowego pomysłu na siebie. Sonia Bohosiewicz na plaży

Autor publikacji:
Dr Agnieszka Podolecka

Dr Agnieszka Podolecka urodziła się w Sri Lance i od najmłodszych lat interesowała się innymi kulturami. Jest orientalistką i afrykanistką. Pracę doktorską napisała na temat szamanizmu południowoafrykańskiego i jego oddziaływania na New Age. Prowadzi badania w RPA, Lesotho. Namibii, Botswanie, Zambii i Zimbabwe. Jest autorką artykułów naukowych i dwóch powieści: "Za głosem sangomy" i "Żar Sahelu"

Zobacz więcej artykułów tego eksperta
ARTYKUŁ UKAZAŁ SIĘ W
Holistic Health 3/2021
Holistic Health
Kup teraz
Wczytaj więcej
Nasze magazyny